Rozdział Czwarty – Waldek i Wielkanoc

 

hjgjhgh

Wiecie co? Jakieś dwa trzy miesiące, podczas styczniowych mrozów, pomyślałem sobie „dobrze że chociaż Wielkanoc wypadła w tym roku późno, będzie ciepło”. A tu klops, tego roczne święta Zmartwychwstania Pańskiego są dość chłodne. Jednym słowem, jest zimno, nici ze spacerów, nici z pooblewania się wodą z bratem. Dziś więc trochę o tegorocznych, trochę o tych minionych świętach wielkanocnych w moim życiu.

Może zabrzmi to głupio, ale moje pierwsze wspomnienie z Wielkanocą związane jest z katechezą w szkole. Pamiętam jakim szokiem dla mnie i moich kolegów w I klasie szkoły podstawowej był fakt, że to nie Boże Narodzenia a właśnie Wielkanoc jest najważniejszym świętem w naszej religii. Boże Narodzenia kojarzyło mi się taką radością, a męczeńska śmierć Jezusa z czasem smutku, pokuty a nawet takiej żałoby.  I to pytanie, ale jak to śmierć Jezusa na krzyżu może być powodem do radości? Dopiero potem zrozumiałem dlaczego tak jest.

Przyznam szczerze, że jako dziecko lubiłem chodzić także ze „święconką”. Koszyk jedzenia które święci kapłan, a potem posłuży ono za tradycyjne polskie śniadanie w Wielkanoc to jedna z najpiękniejszych tradycji tych świąt. W mojej okolicy jest tak, że kapłan jeździ do kilku domów na wsi. I tam u gospodarza święci koszyki wielkanocne. I od lat chodzimy do pani Król i czekamy na przyjazd księdza. Wielkanoc w moim domu kojarzy mi się przede wszystkim z tradycją polską. Przestrzeganie postu, chodzenie do kościoła w dni Triduum Paschalnego, msza rezurekcyjna i mokry śmigus dyngus w poniedziałek wielkanocny. Jedzenie jajek, żurku kiełbasy, ciasta  wielu innych typowych dla tych świąt potraw.

Pewnie tak samo jak w waszym przypadku tak i u mnie z biegiem lat zniknęła ta magia świąt. Człowiek z dziecka stał się dorosłym facetem. Już nie potrafię cieszyć się na te dni jak  kiedyś. A szkoda, bo chciałbym nie musieć nic robić w przygotowaniach do świąt, a potem tylko jeść, oglądać bajki w telewizji i oblewać się z bratem wodą. Poczuć się tak beztrosko.

Jednak święta świeta i po świętach. Trzeba pakować się i jutro wracać do codziennych obowiązkowa. Właśnie się zastanawiam co zabrać. I jeszcze to jutrzejsze poranne wstawanie, Nie chce mi się. Jednak jak mus to mus. Zatem nie będę już zajmował Wam czasu. Mam nadzieję, że mieliście fajne, udane świeta i miło spędziliście ten czas. Pozdrawiam.

 

Rozdział Trzeci – Rocznicowa Tabula Rasa vol. 2

Musicie przyznać, że pisanie o Katastrofie Smoleńskiej to trudny temat. Więc o to co mam dopowiedzenia w tej sprawie. Miałem przygotowany wpis „obiektywnie o katastrofie smoleńskiej” lecz opowiadałem się raczej po stronie że był to zwykły wypadek, zatem ciężko było o obiektywizm z mojej strony. Postanowiłem nie publikować dziś niczego, zbyt  wiele słów  nienawiści padło w sprawie katastrofy smoleńskiej, nie będę dokładał kolejnej cegiełki do stron konfliktu.

Rozdział Drugi – Świat o Waldku, Waldek o swiecie, cz. 2

Rzeczą wiadomą jest fakt, że człowiek uczy się przez całe życie. Z wiekiem nabieramy tzw. doświadczenia życiowego. Im człowiek starszy tym mądrzejszy. Można powiedzieć, że jest to jedna z niewielu zalet mijającego czasu. Jednak czy ta tzw. mądrość życiowa rzeczywiście jest taka dobra, czy rady dorosłych są takie dobre. Dziś więc trochę o mnie, trochę o ludziach. Jak zwykle z reszta.

Przyznam szczerze, że pośród wielu ludzi, oczywiście starszych ode denerwuje mnie ich podejście do tych młodszych osób. „Jesteś młody, co Ty wiesz o świecie” – to chyba najbardziej oklepany tekst jaki pada w tego typu rozmowach. Jak dla mnie nie w każdej sytuacji jest to sprawiedliwy osąd. Dlaczego tak uważam. Przede wszystkim jak dla mnie wiek wcale nie jest wyznacznikiem doświadczenia życiowego. Sądzę, że można mieć 20-30 lat, a przeżyć w życiu więcej niż nie jeden 50-60 latek. I tak w nawiązaniu do mijającego czasu. Musicie przyznać, że w naszym kraju panuje trochę pogląd typu „jeśli nie żyłeś w czasie PRL to nic nie wiesz o życiu„.

To teraz trochę o mnie. Przyznam szczerze, że jestem jaki jestem. Jedni znają mnie lepiej, inni gorzej. Jedni mnie lubią, inni za mną nie przepadają. Podejrzewam, że w tym wypadku najwięcej jest osób którym jestem zwyczajnie obojętny. I szczerze powiedziawszy chce taki być. O sobie mogę powiedzieć wiele, jedno wiem na pewno. Zarówno wiekowo, oraz duchowo, jeśli tak to mogę określić zdecydowanie bliżej mi do młodzieży. Po prostu czuje się młodo. Jednak wcale nie oznacza to, że jestem głupim dzieciakiem który, jak to mówią ludzie z pokolenia moich rodziców, nic nie wie o życiu.

Wydaje mi się, że pomimo swojego młodego wieku mam wyrobiony swój własny światopogląd na otaczający mnie świat. Kieruje się wartościami, wzorcami zachowań które wypracowałem, a następnie na podstawie kolejnych doświadczeń budowałem w samym sobie. Naprawdę mogę powiedzieć jestem jaki jestem. Do ideału mi daleko. Wiem jednak to, że potrafię spoglądać na wiele spraw z rozwagą, kierować obiektywizmem, starając się oceniać to wszystko co mnie dotyczy nie tylko z mojego punktu widzenia.

Dobrze było o mnie to teraz trochę o ludziach. Sam nie wiem co mogę napisać  o kimś z którego ust słyszę słowa które mnie bolą. Z jednej strony wiele ludzi ma rację w samej zasadzie tego co mówią. Mam świadomość tego, że ktoś kto jest prawie dwa razy starszy ode mnie ma rację mówiąc, że w przeciwieństwie do niego brakuje mi tego doświadczenia życiowego. Jednak czy na pewno jest to słuszne podejście. Jak pisałem na wstępie, sądzę że z tym doświadczeniem bywa różnie. Nie jeden młody człowiek ma większy bagaż doświadczeń, niż 60 latek, który np. większość swojego życia przemieszkał w jednym miejscy.

Ogólnie rzec biorąc uważam, że wielu dorosłym zwyczajnie brakuje obiektywizmu. Większość osób z pokolenia moich rodziców wychowało się z góry ustalonym modelu kulturowym. Model taki trwał przez większość PRL i początku lat 90-tych. Jednak dziś świat zmienia się tak szybko, że wielu tym osobom zwyczajnie brakuje tej elastyczności.

Z jednej strony to dobrze, że ludzie Ci mają konserwatywne, chrześcijańskie wartości, ponieważ ja sam uważam, że są one lepsze, od wielu współczesnych „wynalazków” współczesnego świata. Z drugiej jednak, dobija mnie to, że w tych dobrych radach życiowych, które idą w parze ze słowami „co ty wiesz o świecie” wielu starszych ludzi kieruję się tylko i wyłącznie swoim punktem widzenia. Tak wypracowanym przez lata, ale bardzo często nie mającym pokrycia we współczesnym świecie.

I na koniec. Bardzo często zastanawiam się czy ta mądrość życiowa przekłada się na takim jaka jest dana osoba. Słuchając tych „dobrych rad”  stwierdzam, że Ci ”doradzający” mówią to, Nam młodym, ponieważ im samym w życiu nie wyszło, a teraz kiedy wiedzą jakie błędy popełnili chcą uchronić od nich swoje dzieci, itp. Wiem, że zabrzmi to nie za dobrze, ale ja te rady odrzucam. Dlaczego? Ponieważ nawet jeśli popełnię, a nawet teraz popełniam wiele błędów, to chcę aby podejmowane przeze mnie decyzje były tylko moje. Zwyczajnie po prostu.

Tak ukształtowało mnie życie, spotkane na mojej drodze osoby, że chce przeżyć je po swojemu. Nie jestem idealny, i bardzo często wkurzam się kiedy słyszę, słowa o tych dobrych radach. A potem jeszcze pretensja że ich nie posłuchałem, że jestem hipokrytą który odrzuca pomoc, i naprawdę nie wie co jest w życiu dobre a co złe. Tak tak, takie opinie też do mnie dotarły. No cóż. Wiem jedno, to moje życie to tylko moje, wasze to wasze. Ja do tego waszego się nie wtrącam, nie oceniam, tylko dlaczego tak wielu ludzi ocenia moje życie i to w tak negatywny sposób. Ktoś kto podobno jest taki mądry, doświadczony życiowo powinien mieć więcej dystansu i szacunku dla odmiennych poglądów. Niestety wielu osobom ewidentnie tego brakuje.

PS. Czasem stwierdzam, że nie warto ludziom opowiadać o sobie bo potem wychodzą takie sytuacje.

Rozdział Pierwszy – Tydzień według Waldka

kalendar

No to jak obiecałem to zabieram się do pracy. Nadszedł poniedziałek, więc trzeba napisać  notkę na bloga. Przyznam szczerze, że po tych wszystkich zmianach jest mi dziwnie.  Czemu, bo jakoś dziwnie mi z faktem, że nie wrzucam tutaj notek codziennie. Naprawdę. Przez pierwsze dni nie mogłem znaleźć sobie miejsca, we wtorek nawet zacząłem pisać coś, a po chwili się zorientowałem, że mam publikować coś raz na tydzień. Także jestem, właśnie dziś. Jako początek nowego etapu mojego blogowania tutaj postanowiłem opisać ostatni tydzień mojego życia.

Przyznam szczerze, że te pierwsze 7 dni tegorocznej wiosny były udane. Można powiedzieć, że nawet bardzo. Co raz lepiej zaczyna mi się układać w pracy, polubiłem moje współpracowniczki i mam nadzieję, że One polubiły mnie. Stanowią fajną ekipę, i jak dobrze pójdzie za jakiś czas będę mógł użyć słowa, stanowimy. Więc na gruncie zawodowym zaczyna być naprawdę fajnie i oby było już tylko lepiej.

Inną sprawą jest to, że ostatni tydzień był dla mnie czasem leniuchowania. Tak wiem, jest praca, ale poza tym to głownie nic nie robię. Ktoś powie takiemu to dobrze, że może sobie po pracy odpocząć. Powiem tak, zgadzam się w stu procentach z tym stwierdzeniem. Nie widzieliście mnie w niedzielę, kiedy jedynym moim wysiłkiem było korzystanie z toalety. No dobrze, jeszcze robienie sobie obiadu, ale to akurat było przyjemnością. I kiedy ja się w końcu nauczę gotować, a nie tylko te gotowe obiadki.

Co do innych rzeczy razem w Wiosną w moim życiu pojawiło się nowe, znaczy stare, ale w nowej wersji. Sam nie wiem co mam z tym fantem zrobić. Może to głupio zabrzmi, ale dobrze mi z tym co się wydarzyło. Kurcze, nie myślałem nawet, że tak właśnie będzie. Milion razy obiecywałem sobie zupełnie coś innego. Jednak jest jak jest, oby tylko nie popełnić tych samych błędów co wcześniej. W sumie to chyba główny powód mojego dobrego humoru.

Jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest również to, że w końcu przestały boleć mnie stopy. Było tak. Waldek chciał sobie kupić buty na wiosnę. Waldek poszedł do CCC i sobie kupił. Waldek zakładał je codziennie przez jakiś czas. Wygodne to musze przyznać były, ale nie do końca. Buty te zaczęły mi ocierać piety, plastry nie pomagały. Jednak zawzięcie w nich chodziłem licząc, ze się rozchodzą. Było to z dwa tygodnie temu. I tak o to nabawiłem się spuchniętych pięt, przyznam szczerze, że w zeszły poniedziałek to ledwo chodziłem. Jak kończy się ta smutna historia. Waldek zdjął „niedobre” buty i założył inne. Kilka dni i znowu mogę biegać. Mam nauczkę, ponieważ nie wiele brakowało a musiałbym iść do lekarza.Tak wiem, z tym chodzeniem w nich na silę, debil ze mnie.

O… Moi kochani czytelnicy, doradźcie. Wykupić abonament w Cinema City na cały rok? Cały czas się waham. Byłem ostatnio w kinie na Kong Wyspa Czaszki i tak wróciła mi do głowy ta myśl. Wychodzi 42 zł za miesiąc czyli 504 zł za rok. Wiem opłaca się, zważywszy, że jeden bilet to 26 zł a dzięki abonamentowi mógłbym obejrzeć setki filmów Jednak z drugiej strony czy ja będę miał czas tak chodzić do kina, czy naprawdę będę siedział tam całymi godzinami i oglądał to wszystko? Sam nie wiem. Jest jeszcze kwestia finansowa, bo to niby tylko, ale jednak aż 504 zł. I mam tu ten dylemat.

Chyba tyle. Przyznam szczerze, że dla niektórych może ten tydzień wydaje się zwykły, dla mnie był naprawdę pełen zmian. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że zawsze bałem się ich jak ognia. Zmiany w naszym życiu wnoszą wiele nie pewności, ludzie jakoś odruchowo za nimi nie przepadają. Ja również jestem takim człowiekiem. Jednak przyznam szczerze, że z tymi zmianami jak na razie wcale tak źle nie jest. I oby tak pozostało

Jak pisałem na początku mojego wpisu cały czas nie mogę się odnaleźć w tych moich zmianach w publikowaniu tekstów tutaj. Postanowiłem też zmienić numerację moich wpisów. Dziś więc Rozdział Pierwszy. Za tydzień kolejne. I mimo tego że w takim miesiącu pojawi się notek tylko 4 zamiast 30 mam nadzieję, że będziecie nadal zaglądać na tą stronę. Dzięki za przeczytanie tego, i zapraszam do lektury innych wpisów. Pozdrawiam Was, i do przeczytania za tydzień.

Chapter 366 – The New Chapter

blog

Hip Hip Hurra! Strzelające konfetti, korki od szampana fanfary Mój blog obchodzi pierwsze urodziny.  Jednym słowem udało się. Dziś mogę to powiedzieć, jestem z siebie dumny. Udało mi publikować codziennie wpisy przez 365 dni, wow, normalnie trudno mi w to uwierzyć. Rok temu o tej porze wrzucałem wpis Wonderful Life. Pamiętam, że pogoda za oknem była dużo ładniejsza. A tu ta sama data tylko rok inny.

Przyznam szczerze, że moje ostatnie wpisy były pisane w taki sposób jakbym miał zakończyć działalność na tym blogu. Z jednej strony cię cieszyłem, że udało mi się pisać przez cały rok, z drugiej jednak, jakbym miał tego dość i dziś opublikować jakiś pożegnalny tekst. Jaka jest prawda? Jeśli myśleliście, że tak łatwo się mnie pozbędziecie to muszę was rozczarować. Nigdzie się nie wybieram, ale w moich blogach zachodzi wiele zmian. Już wyjaśniam.

Największą zmianą jest to, że niestety nie będę już publikował wpisów na tym blogu codziennie. Powodów mojej decyzji jest kilka. Przede wszystkim jak wiadomo blogi to mam dwa. Ten oraz filmowy.  O ile ten rozwijam na bieżąco tak drugi leży i kwiczy. A przyznam szczerze chciałbym rozwijać obydwa. Dlatego już wcześniej postanowiłem, że po roku pisania tutaj zmienię formę mojego pisania. Wpis tutaj będzie jeden w tygodniu i będzie pojawiał się co poniedziałek. Myśle, że początek każdego tygodnia jest dobrym terminem do wrzucania czegoś tutaj.

Zmian jest więcej. Obiecałem sobie, że w tym roku bardziej skupię się na blogu filmowym. Co sobotę wrzucę jakiś luźny temat, związany z moimi przemyśleniami na temat kina. Natomiast w każdą niedzielę pojawi się cotygodniowe podsumowanie wydarzeń w świecie kina. Mam nadzieję, że uda mi się zrealizować ten projekt. Jednak sądzę, że pisanie trzech notek na dwa blogi nie powinno być większym problemem, jeśli wcześniej udawało mi się pisać codziennie.

Przyznam szczerze, że zmiany  w na blogach spowodowane są zmianami w moim życiu. Od jakiegoś czasu mam fajną, stałą pracę, Doceniam fakt jej posiadania jak nigdy wcześniej. Jest dobrze. Jednak każda praca to wiele zajęć, codziennych obowiązków. Pracuje od poniedziałku do piątku i naprawdę czasem ciężko było mi pogodzić codziennie obowiązki z prowadzeniem bloga. Poza tym w życiu też mam też inne obowiązki. Więc musiałem wszystko to sobie po prostu zrównoważyć. Nie wiem czy system się sprawdzi, lecz jestem dobrej myśli. Jak pisałem, skoro udawało się pisać siedem notek to dlaczego miałoby mi się nie udać stworzenie trzech.

Zmiany te podyktowane są również jakością wpisów. Mam świadomość tego, że nie jestem dobrym pisarzem. Stylistycznie moje notki nie są zbyt dobrej jakości. Być może jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest to, że pisałem dużo, codziennie. Mam nadzieję, że kiedy teraz będzie tego mniej to uda mi się przykładać więcej uwagi do jakości tekstów jakie publikuje.

Można powiedzieć, że nowy rozdział na moich blogach czas zacząć. W myśl zasady najlepsze jeszcze przede mną, mam więc nadzieję, że będzie tak również w mojej internetowej twórczości. Mniej wcale nie znaczy gorzej. I tego się trzymajmy, żeby za rok, strona ta obchodziła drugie urodziny. Dzięki za pierwszy rok

PS. A prezenty z okazji pierwszych urodzin to gdzie? :)

Chapter 365 – 365 scen z życia

Musze wam o czym powiedzieć. Kiedy rok temu rozpoczynałem przygodę z moim blogiem zaplanowałem sobie, że wpis nr 365 będzie właśnie miał taki tytuł. To chyba jedyna notka, której tytuł znałem dużo wcześniej, jedyna którą miałem tak naprawdę w głowie od samego początku. Pozostałe? Jak pisałem jakiś czas temu inne wpisy, pisałem po prostu codziennie na bieżąco. Ich tytuły powstawały w ostatniej chwili, na chwilę przed wrzuceniem na moją stronę. Dziś więc małe podsumowanie 365 dni jakie za  mną.

Jak podkreślam bardzo często mam świadomość tego, że niektóre moje notki są lepsze inne gorsze. Naprawdę z wielu powodów ciężko jest pisać teksty jednakowej jakości. Wpływa na to ich tematyka, długość, styl pisania i… setki błędów jakie popełniałem podczas ich pisania. Bywało z tym różnie. Raz miałem wenę, a raz ewidentnie jej brakowało. Mimo to za mną 365 wpisów, 365 dni.

To teraz trochę liczb. Jeśli wierzyć statystykom najpopularniejszą notką  na moim blogu jest rozdział 61 – Reprezentacja Vistuli mówiący o zarobkach piłkarzy. Drugie miejsce zajął rozdział 47 – Największa liczba świata – czyli dziecko poznaje świat. Podium zamyka jedna z pierwszych notek tutaj – rozdział 12 – Kapitalizm Skurwysyny! Popularne były również notki w których pisałem o Archeologii, o studiach w Lublinie czy świętach.

Pewnie zastanawiacie się jakie są moje ulubione wpisy? Przyznam szczerze, że te w których opowiadałem o swoim życiu. O dzieciństwie, o pierwszej miłości, o czasach szkolnych, o rodzinie itp. Potem są te dotyczące moich okolic, Bełcząca z którego pochodzę, Czemiernik czy Radzynia Podlaskiego. Być może powodem jest takiego stanu rzeczy jest fakt, że wpisy te opowiadają o tym co jest dla mnie ważne, o moich bliskich, okolicy z której pochodzę, o miejscach gdzie spędziłem większość swojego życia.

Musze również przyznać, że wpisy na moim blogu są bardzo zróżnicowane. To może teraz kilka chwil wyjaśnienia. Dlaczego dziś pisałem o sobie, jutro o sporcie, potem o pracy, archeologii i wielu innych rzeczach. Ponieważ wszystkie te „dziedziny” życia, jeśli mogę je tak nazwać, są mi bliskie. Jest to mój pogląd na to wszystko, na otaczający Nas świat. Zawarłem tutaj moje doświadczenia, wydarzenia z życia, z dnia codziennego. A np. kiedy opisywałem jakiś dzień, jakieś święto, wydarzenie historyczne, to często przygotowując się do napisania jakiejś notki uczyłem się nowych rzeczy. Więc prowadzenie bloga w pewnym stopniu było również dla mnie kształcące.

365 scen z życia. Może nie koniecznie scen, wydarzeń ale mimo to nie żałuje tego wszystkiego, fajnie było  o tym wszystkim pisać. A że Bloger też człowiek to jakąś naukę mam także z dni kiedy ewidentnie mi tej weny brakowało. Dodam tylko, że było takich dni całkiem sporo.

Dobrze, najważniejsze na koniec. Bardzo ale to bardzo dziękuję moim przyjaciołom znajomym, ludziom którzy codziennie zaglądali na mojego bloga. Mamie i siostrze które twierdziły, że fajnie opowiadam o swoim życiu, mimo tego wszystkiego co się dzieje wokół mnie. Znajomym z Facebooka, którzy gdzieś tak kliknęli na moją oś czasu zaglądając na moją stronę i przeczytali wpis na dziś. Może na moja stroną nie ma dziesiątków tysięcy odsłon, średnio odwiedzało ją od kilku do kilkudziesięciu osób dziennie. Mimo to nawet za te kilka wyświetleń serdecznie dziękuję. Fajnie było.

A co dalej. O tym napiszę jutro.

Chapter 364 – Moje Obietnice

Promise Me- to zdanie bardzo często używane jest w wielu filmach, o przeróżnej tematyce. Tak samo w życiu, te słowa wypowiadamy w zróżnicowanych sytuacjach. Dziś więc będzie o obietnicach, moich obietnicach. Jednak nie tak jak to sobie wyobrażacie.

Każdy z Nas pośród swojego życia doświadcza różnych sytuacji. Jedne są dla Nas fajnymi chwilami, o innych chcielibyśmy zapomnieć. Bardzo często w tym wszystkim, pada zdanie, już nigdy więcej czegoś takiego, nigdy więcej tego nie zrobię. I w ten sposób każdy z Nas składa samemu sobie dziesiątki, a nawet setki obietnic. Ja również należę do tego typu ludzi. Wiele razy obiecywałem coś sobie, że nigdy więcej… itp. A jak to już u mnie z dotrzymywaniem tych obietnic. Przyznam szczerze, że słabo.

No dobrze, przestaje być tajemniczy. Za dwa dni minie równy rok kiedy zaczełem pisać tego bloga. Powiem tak. Jestem takim typem człowieka, któremu ciężko jest dotrzymywać obietnic.  Kiedy byłem młodszy nie umiałem wytrwać w postanowieniach jakie stawiałem przed sobą. Sam nie wiem, dlaczego. Jednym z powodów było moje lenistwo, innym zmieniające się poglądy na świat, przeróżne sytuacje życiowe, do których trzeba było się dostosować.

Tym bardziej jestem więc dumny z samego siebie, że udało mi się wytrwać w tym wszystkim, w codziennym publikowaniu na tym blogu. Czasem trudno mi uwierzyć, że jest to już 364 wpis tutaj. Jeszcze nie tak dawno zaczynałem, nie tak dawno były wakacje, a kiedy przekroczyłem 200 notek wydawało mi się, kurcze dużo. A teraz? Za mną  bogaty w wydarzenia rok, bogaty w huśtawki nastrojów, wzlotów i upadków, poznanych dziesiątek nowych ludzi. Kurcze było tego naprawdę dużo.

A po mimo to udało mi się to co sobie obiecałem rok temu. Przez równy rok mam coś publikować codziennie, i nie ma zmiłuj. Pamiętam jak miałem dni kiedy totalnie mi się nie chciało nic pisać. Kiedy swoje notki pisałem na odwal, bo tak, kiedy była godzina 22.00 a ja dopiero zabierałem się za pisanie czegokolwiek. A mimo to jestem tutaj, jest 18 marca 2017 a ja publikuje notkę numer 364. Jeszcze tylko dwie do pełnego roku. Wow. Normalnie jestem z siebie dumny. I nie przesadzam. Dumny, ponieważ przez tak długi czas udało mi się dotrzymać obietnicy danej samemu sobie. A nie oszukujmy się, to trudne. Wielu ludzi obiecuje coś sobie, że rzuci palenie, że zacznie oszczędzać, dbać o swoje zdrowie. Jak wiemy różnie wychodzi z tymi przyrzeczeniami.

Także mogę powiedzieć, że mi się udało tego dokonać. No prawie. I tylko kataklizm w postaci braku dostępu do Internetu lub zepsuty komputer może mi to popsuć. Mam jednak nadzieję, że tak źle nie będzie i w te dwa dni dokończę moje „dzieło”.  Jutro wpis przed ostatni.

Chapter 363 – Trzy dni Kaczora

kaczor

Tak wiem, przecież unikam polityki. Jednak sami wiecie, że raz na jakiś poruszam te tematy. Robię to wtedy jak w Polsce. na naszej scenie politycznej wydarzyło się coś ważnego. Tylko co takiego stało się dziś? W Z zasadzie dziś nic takiego poza tym, że jeden polityk w ostatnich dniach jest taki jakiś nadpobudliwy. Który? Najważniejszy Prezes w Polsce, ten jeden jedyny, kochany.

Może tym razem zacznę od tytuły. Trzy dni Kaczora. Pozwoliłem tutaj sobie na małą parafrazę szpiegowskiego filmu z Robertem Redfordem w roli głównej – Trzy dni Kondora. Dlaczego to zrobiłem. Otóż prezes Kaczyński, podobnie jak nasz tytułowy Kondor, ma za sobą intensywne dni, trzy dni. W mediach, jeśli chcemy być dokładni.

Nie wiem jak Wy, ale ja mam trochę wrażenie, że Kaczyńskiemu trochę znudziło się kierowanie rządami w Polsce z drugiego szeregu. Oskarżenia wobec Donalda Tuska, obszerny wywiad w Onecie, poruszenie w nim tematów gospodarczych, finansowych, kilka gorzkich słów o „miesięcznicach smoleńskich”, o Bartoszu Misiewiczu, itp., itd. Nie poznaje pana, panie Prezesie. Czy ktoś wbił Panu szpilę w tyłek, że nagle wyskoczył Pan z fotela i postanowił podzielić swoimi przemyśleniami w mediach. I to jakich? Przecież Onet ma Lisa, Kuźniara, To ewidentnie portal antypisowski, dlaczego akurat tam taki wywiad.

Wiecie co. Nie ma co przytaczać słów pana Kaczyńskiego z ostatnich dni. Wolę opisać moje odczucia co do jego osoby. Przyznam szczerze, że nie znoszę pana Jarosława Kaczyńskiego. I nawet nie za to jakim jest politykiem, nawet nie za to jakim jest człowiekiem, przecież go w końcu nie znam osobiście. I na szczęście nigdy nie poznam. Nie lubię go za jedno, że jest bardzo bezczelny, że podzielił polskie społeczeństwo na lepszy i gorszy sort, itp.

Jednak może po kolei. Pamiętamy jak katastrofa smoleńska wstrząsnęła Polską. Już  w kilka miesięcy swoimi wypowiedziami, czynami, pan Prezes wywołał ogólnopolską wojnę polskie polsko-polską. Bardzo nastawił Nas Polaków przeciw sobie. Kiedy jednak nadal jednak jego partia nadal ponosiła porażkę za porażką zmienił taktykę. Zaczął mówić o tym, żeby się jednoczyć, żeby nie robić „wojny polsko polskiej”. Fajnie, ale sam człowieku kilka lat temu ją Wywołałeś? Jak dla mnie do szczyt chamstwa i hipokryzji. Idźmy jednak dalej. PiS wygrywa wybory i obejmuje władze. Co na to prezes Kaczyński? Słowa o lepszy i gorszym sorcie zna każdy. I znowu to samo, przed chwilą była gadka o łączeniu się, po jednaniu, a teraz znowu są lepsi i gorsi Polacy. A jak ich odróżnić? Wiadomo Ci co za PiS to ci lepsi. Reszta? No cóż.

Powiem tak. Ja rozumiem, że jest Sejm, Senat, Prezydent, Rząd. Wiem, że tam na górze, są przeróżne przepychanki polityczne. Koalicja, Opozycja, itp. Jednak trochę mnie boli w tym wszystkim, że pan Kaczyński sprytnie przez lata wciągał w to wszystko nasze społeczeństwo, które dało się zmanipulować. Dziś mam, a w zasadzie miałem, przyjaciół znajomych którzy przestali się do mnie odzywać tylko dlatego, że mam odmienne poglądy polityczne? Kto jest temu winien. Bohater naszego „odcinka”.

Trzy dni Kaczora. Jak fajnie to określił kiedyś mój kolega. Cytuje, „Kaczyński to emerytowany zbawca narodu? Dla mnie to chory psychicznie starszy Pan”. Podpisuje się pod tymi słowami w 100-stu procentach.

Źródło zdjęcia: http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/kaczynski-bedziemy-rzadzic-dlugo-wicepremier-morawiecki-mowi-ze-do-2031-r-to/765herq

Chapter 362 – Świat o Waldku – Waldek o Świecie.

Wielu ludzi zarzuca mi, że ze mnie jest nudziarz. Pisałem o tym nie tak dawno. Jednak zastanawiam się czy rzeczywiście tak jest. Ponieważ znowu kilka innych osób mówi, że ja nie biorę życia za poważnie,  że jest ze mnie taki Piotruś Pan. Musze przyznać, że określiła mnie tak moja kierowniczka w pracy i nie obrażam się ponieważ wiem, że jest w tym ziarno prawdy. Dziś więc o tym dlaczego podchodzę do życia  ten czy inny sposób.

Przyznam szczerze, że nie zgadzam się z określeniem, że ze mnie jest nudziarz. Mi się bardziej wydaje, że wręcz odwrotnie. Cały czas się wygłupiam, żartuje, dużo gadam. Czuje się dosłownie 10 lat młodszy. W sumie to jak pójdę do fryzjera, ogolę się, założę dżinsy i trampki wyglądam jak nastolatek. Poznawałem w życiu wielu ludzi i nikt mi nie daje tylu lat ile mam. Wiecie co? Kiedyś się tym przejmowałem, bo np. głupio mi było kiedy na studiach pani w sklepie monopolowym pytała się mnie o dowód. Teraz jest zupełnie odwrotnie, ja cieszę się z tego, że młodo wyglądam. Kiedy wielu moich znajomych ma już brzuszki piwne, a czasem siwe brody, ja jestem młody… Kurcze, ale słodzę i to sam sobie, wstyd…

A jak podchodzę do otaczającego mnie świata, dlaczego się nie ustatkowałem, nie ożeniłem. Ponieważ czuje się młody duchem. Lubię swoje dotychczasowe życie, spędzać czas tak jak spędzam. Lubię sobie poleniuchować, pospać do południa, wstać, zjeść coś wsiąść na rower i jechać na przejażdżkę i nie musieć się martwić codziennymi problemami. Wielu osobom z mojego otoczenia to przeszkadza, uważają, że jestem na to za stary, że pora się ustatkować itp. Powiem tak. Proszę o trochę obiektywizmu. Wiem, że założenie rodziny jest czymś naturalnym, ale jeśli ja nie chce zakładać tej rodziny. Jeśli mi dobrze jest tak jak jest? A nie takie gadanie, „Ty nie traktujesz życia poważnie, z Ciebie to taki Fifarafa, i babę byś se znalazł”. Nawet sobie nie wyobrażacie jak wkurzają mnie takie słowa.

Jednak idźmy dalej. Każdy z Nas ma swój własny, taki w którym żyje, codziennie się porusza, funkcjonuje. Taki nasz prywatny świat. Poza tym jest tak zwana reszta świata czyli to co obserwujemy, śledzimy w mediach, polityka, gospodarka, muzyka film, kultura czyli jednym słowem rozrywka. Wiem jest jeszcze wiele innych dziedzin życia, których tu nie wymieniłem. Jednak chodzi mi o to, ze każdy z Nas ma wyrobione zdanie o tym wszystkim. Jak ja podchodzę do tego? Chociaż często narzekałem na moje życie, to jednak na wiele spraw, wydarzeń patrzę przymrużeniem oka, śmiejąc się z wszystkich tych rzeczy.

Ktoś powie, że jestem nie poważny. Jednak… Czy nie lepiej z humorem podchodzić do tego wszystkiego? Wydaje mi się, że lepsze takie podejście, niż jakbym miał siąść i płakać z powodu tego, że świat jest zły i nie dobry. Jest jaki jest, i go nie zmienimy. Możemy próbować wpływać na to co otacza Nas samych, ale na szerszym polu nie mamy za wiele do powiedzenia.

O Waldku czyli o świecie. Powiem tak. Nie jestem idealny, i moje podejście do wielu spraw jest takie nie jest. Może rzeczywiście  nie traktuje życia zbyt poważanie, może jest ze mnie duże dziecko. Jednak jeszcze nie zginałem w tym świecie, od lat jestem samodzielny i jakoś sobie radzę. A odnośnie tego jaki jestem jak postrzegają mnie inni. Naprawdę boli mnie, że wielu ludzi uważa mój sposób na życie takim… Nie właściwym, błędnym. Niech ktoś dostrzeże to, że świat jest zróżnicowany i zróżnicowani są ludzie. Zamiast patrzeć na innych ludzi tylko przez pryzmat własnych doświadczeń starajmy się podchodzić do tego z obiektywizmem.

Chapter 361 – Jak Waldek poznawał Lublin

Lublin

Wierzcie lub nie, ale trudno mi uwierzyć, że od 11 lat jestem związany z Lublinem. Przecież nie tak dawno byłem w liceum, chodziłem z kolegami do kafejki internetowej. A tu popatrzcie, za mną 5 lat studiów i dodatkowe 6 lat po zakończeniu edukacji. Ostatnio zastanawiałem się czy mogę sobie mówić, że jestem już Lublinianinem z krwi i kości. Przyznam szczerze, że sam nie wiem, chociaż bliżej mi do stwierdzenia, że jednak nie. Dziś więc o tym jak poznawałem to miasto.

Może to wyda się wielu osobom dziwne, lecz moje pierwsze wspomnienie związane z Lublinem to szpital. Mniej więcej 15 lat temu. Tak wiem, głupio trochę, że w oddalonym zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od mojego miejsca zamieszkania mieście po raz pierwszy w życiu byłem jako nastolatek, ale cóż, tak w istocie było. Pamietam z tamtych wydarzeń jedno. Jak przez okno szpitalnej Sali obserwowałem rozświetlone Stare Miasto z Zamkiem, Bramą Krakowską i Wieżą Trynitarską na czele. Jednak podróżując dom-szpital za wiele tego miasta tak naprawdę nie poznałem.

Wydaje mi się, że proces ten zaczął się dopiero na studiach. Pamietam jak po maturze stwierdziłem, chce iść na Archeologię. Uprałem się i już. Tylko jak złożyć dokumenty na UMCS jak w ogóle nie znam miasta. Pojechałem, wysiadłem na dworcu z mapą w ręku i powiedziałem sobie, szukam mojej przyszłej uczelni. Wstyd mi trochę, ale jeszcze te 12 lat temu byłem zupełnie innym człowiekiem niż teraz. Bałem się miliona rzeczy, a nawet tego, że się zgubie w wielkim mieście Lublinie. Jakoś udało się znaleźć wszystko, złożyć dokumenty, zamieszkać tutaj, skończyć studia, po prostu żyć.

Dziś z perspektywy 11 lat powiem tak. Niby znam to miasto. Wiem co i jak, co z czym się je, jak dojechać, odnaleźć różne miejsca jednak. Nie uważam się Lublinianinem z krwi i kości? Dlaczego? Ponieważ tak naprawdę dobrze poznałem jedna dzielnicę miasta, mój ukochany LSM. Fajnie mi się na nim od zawsze mieszka, podróżuje. Wszędzie dobry dojazd, sklepów dużo. Jestem naprawdę zadowolony/

Jednak w Lublinie jest dziesiątki, a nawet setki ulic, miejsc w których nigdy nie byłem. Czuby? Tylko przejeżdżałem, Bronowice, Kalinowszczyzna, tak samo. Wrotków, Głusk i Konstantynów wiele innych dzielnic znam tylko z nazwy. Naprawdę. Jestem tutaj 11 lat a tak naprawdę poznałem tylko okolicę centrum miasta i wspominany już LSM. To według mnie kolejna rzeczy która świadczy o tym, że nie mogę określić się Lublinianinem. Może kiedyś, jak minie kolejne 11 lat i poznałem to miasto lepiej.

To teraz odrobina humoru. Początkowo wpis ten nosił nazwę moje miejsca w Lublinie. Zmieniłem go z jednego powodu. Ja nie mam takich ulubionych miejsc w mieście. Każde w którym byłem jest na swój sposób fajnie. A jeśli miałbym już wymienić miejsce w którym najczęściej przebywam w Lublinie. Raz jeszcze powtarzam miejsce a nie budynek. Dobrze nie przedłużam. Tym miejscem jest przejście dla pieszych w miejscu gdzie ul. Sowińskiego wpada w ul. Głęboką. No co… Skoro mieszkam w tamtych okolicach. Sądzę, że przez te lata wszystkie lata przechodziłem przez to przejście pewnie kilkanaście tysięcy. Przez ten czas trochę okazji się do tego nazbierało się.

I na koniec. W moim domu na wsi rodzice nie nazywają mnie „Lublinianinem”, lecz określili mianem „Lubelaka”. Powiem tak. Lubię to miasto naprawdę. Spędziłem w nim 1/3 mojego dotychczasowego życia. Chce związać z nim swoją przyszłość, przede wszystkim zawodową. Jednak czy zostanę tu całe życie, czy np. wrócę na wieś i będę np. tylko dojeżdżał do pracy tutaj. Może los poniesie mnie zupełnie gdzie indziej. Nie wiem jak będzie. Czas pokaże.

Chapter 360 – Szkoła czyli czy napewno najważniejsze jest dziecko?

dziennik

Tak wiem, że najpierw powinienem napisać o reformie edukacji. Jednak co ja mogę o tym napisać. Dzieci w szkole nie mam, swoją edukacją szkolną mam już dawno za sobą. A do kwestii politycznych związanych z likwidacją Gimnazjów nie chce się mieszać. Dziś jednak postanowiłem napisać o podejściu w szkołach do uczniów. Czy tak naprawdę w szkole najważniejsze jest dziecko? Zaczynamy.

Do szkoły podstawowej chodził każdy z Nas. Polski, Matematyka, Geografia, Historia, WOS, Biologia, Chemia. Sam nie wiem jakie przedmioty jeszcze mógłbym wymienić. Było ich mniej więcej kilkanaście. Pierwszą sprawą jaką chciałbym poruszyć w tym wszystkim był systemem oceniania uczniów. Z własnego doświadczenia wiem, że nie był on idealny. Przykłady. Kiedy chodziłem do Gimnazjum, bardzo często bywało tak, że  nauczyciele z marszu stawiali dobre oceny klasowym kujonom, chociaż Ci wcale nie byli lepsi od innych. Np. piszemy sprawdzian, dwie osoby udzielają takich samych odpowiedzi. Pierwsza dostaje ze sprawdzianu piątkę, ta druga tylko czwórkę.

Dlaczego? Opowiem to na własnym przykładzie. Kiedyś w szkole bardzo lubiłem geografię. Zbliżał się koniec roku, miałem z tego przedmiotu same piątki. Nauczycielka mówi, niech wstaną Ci którzy chcą mieć bardzo dobry. Zadowolony podnoszę się z krzesła. Asia, Bartek, Paulina, Anetka piątki dostali. Przychodzi kolej na mnie. I kończę z tylko z czwórką ponieważ Nauczycielka mnie nie lubi. Wymyśliła sobie, że kilka miesięcy wcześniej nie miałem pracy domowej, do moich ocen dostawiła oceną niedostateczną i Waldek może zapomnieć o bardzo dobrej ocenie. Przyznam szczerze, że takich przykładów sam miałem w życiu więcej.

To teraz może oceny. Dziś mamy elektroniczne dzienniki i rodzice mają na bieżąco dostęp do ocen swoich pociech. Jednak kiedyś nikt o tym nawet nie myślał. I weźmy sobie na warsztat taki język polski. Jeden semestr, mam tak, dwie klasówki, dwa dyktanda, pytanie, dwie lub trzy kartkówki z lektur. Razem daje to 7-8 ocen w skali półroczna. I nagle moja mam idzie na wywiadówkę i okazuję się, że mam z polaka 15 ocen. Ja się pytam skąd wzięły się te dodatkowe oceny. Chyba z powietrza. Jednak nie ma się co dziwić. Kiedyś z kolegami przyłapaliśmy naszą nauczycielkę na dostawianiu ocen. Na którym etapie edukacji to było zdradzał nie będę.

Kolejną chyba najważniejszą rzeczą jest podejście w szkole do dziecka. Bardzo często słyszy się wypowiedzi polityków, nauczycieli, pedagogów, że najważniejsze w szkole jest dziecko. Jednak jak patrzę na to co się dzieje w polskich szkołach to zaczynam w to powątpiewać. Już wyjaśniam. Jeśli najważniejsze jest dziecko, to dlaczego miliona rzeczy w szkole nie wolno było robić. Np. zadawać pytań. Kiedy chciałem się dowiedzieć czegoś dodatkowego na przerabiany temat i zadawałem pytania nauczycielowi, często słyszałem odpowiedź, jak chcesz to wiedzieć idź do biblioteki. Tak jakby albo nauczyciel mnie zbywał albo nie znał odpowiedzi na moje pytanie i nie chciał wyjść na niedokształconego.

Kiedyś w szkole wielu nauczycieli mówiło o mnie, że chodzę własnymi drogami. Niektórym to wręcz przeszkadzało, i za to mnie nie lubili. Kilka dni temu rozmawiałem na ten temat ze znajomą w pracy. Ogólnie doszliśmy do wniosku, że często w szkołach zamiast docenić indywidualne zainteresowania dziecka, potępia się je, wrzucając wszystkich do jednego worka. Moje pytanie brzmi dlaczego? Bo łatwiej jest zapanować nad taką jednakową grupą. Uważam, że często w szkołach nie pozwala się wielu osobom rozwinąć swoich pasji, rozwinąć przysłowiowych skrzydeł.

Wszystko to, podejście do ucznia, bardzo często niesprawiedliwy system oceniania, zakazy i nakazy (które są niby dla dobra ucznia) sprawiają, że naprawdę uważam, że takie „gadanie”, że najważniejsze jest dobro ucznia nie ma przełożenia w realnym świecie. Niestety kiedy jest się dzieckiem, nie myśli się o tym. Przecież cały czas wszyscy wmawiają Ci, że nauczyciel ma zawsze racje. Dopiero po latach do człowieka dociera jak było naprawdę. Jednak sami wiecie, nie pójdę się kłócić do szkoły, że 15 lat temu zamiast piątki miałem czwórkę z geografii a ludzi którzy wcale nie byli lepsi mieli lepsze oceny.

Chapter 359 – Najlepszy dzień w moim życiu

best

Dobrze, było o tym najgorszym, tak dziś będzie o najlepszym dniu mojego życia.  Wczoraj napisałem, że z wyborem tego dnia nie będę miał problemu. Lecz nie jest to do końca prawda. Może najpierw kilka słow wyjaśnienia. Datę znam. Jest to bezsprzecznie 19 czerwca 2008 roku. Co to za dzień. W sumie to już o nim pisałem. Tego dnia poznałem dziewczynę w której się zakochałem. Więc jak sobie zaplanowałem, dziś o tym najlepszym dniu mojego życia.

Zanim jednak napisze o tym po raz kolejny chciałbym napisać jedno. Według mnie mianem „najlepszego dnia” w życiu można określić trzeba te jeden jedyny dzień w którym człowiek czuł się naprawdę fajnie, no super. Bez względu na przyszłe wydarzenia, nawet z dnia następnego. Trzeba tak jakby oddzielić grubą kreską od pozostałych.

A skoro tak zrobiłem to już wyjaśniam dlaczego właśnie ten dzień uważam za wyjątkowy.  No bo poznałem fajną dziewczynę. A coś więcej. Hmm, trudno mi jest pisać o tamtym dniu. Dla wielu ludzi byłby taki zwyczajny, normalny. Dla mnie był magiczny. Fajnie było tak zakochać się od pierwszego wejrzenia, pospacerować z tą drugą osobą, pogadać, być przy niej. Wiem brzmi trochę błaho, jednak to nie tak, że ja nie potrafię opowiadać o swoich uczuciach. Ja po prostu… sam nie  wiem jakie szczegóły tego dnia mógłbym wymienić. To, że poznałem Paulinę na ławce w parku w Radzyniu Podlaskim, to że mimo jej wad dostrzegłem fajną śliczną dziewczynę która została moją małą Paulinką? Przyznam szczerze, że to jak postrzegam dziś tamten dzień chce zostawić tylko dla siebie.

I chociaż różnie potoczyły się nasze drogi, to jednak jeśli jakiś dzień miałbym przeżywać w niekończącej się pętli czasowej, tak codziennie, to proszę, niech to będzie właśnie 19 czerwca 2008 roku. Zwyczajnie po prostu, nawet bym się nie zastanawiał, jeśli spotkałbym magiczną wróżkę i miałbym jedno życzenie.

Dobrze, wiem że moje opowiadanie o najlepszym dniu w życiu nie brzmi jakoś mega spektakularnie. Powiem tak. Jaki on był i jak on wyglądał wiedzą tylko dwie osoby. Sam nie wiem jakie wspomnienia w swojej głowie z perspektywy tych 9 lat ma osoba w której się wtedy zakochałem. Jakie mam jakie ja? Ciepłe, przyjemne, takie kochane. Tylko moje. I właśnie dlatego dzień ten uważam za wyjątkowy. Ponieważ w życiu poznałem wiele fajnych dziewczyn to jednak nigdy nie zdarzyło mi się przeżyć takiego czegoś jak właśnie wtedy, 19 czerwca i zacząłem przezywać swoją pierwszą prawdziwą miłość.

Jak wczoraj skończyłem pozytywnym akcentem tak dziś będzie nie miły. Powiem tak. Szkoda, że tak najlepszy dzień jest tylko jeden. Fajnie byłoby jakby człowiek  mógł określić takim mianem każdy dzień z jego życia.

Chapter 358 – Najgorszy dzień w moim życiu

najgorszy dzień

Jakiś czas temu na moim blogu jeden z czytelników napisał w komentarzu kilka propozycji na tematy jakie mógłbym tutaj poruszyć. O swoim marzeniach, planach na życie już pisałem. Był nawet tekst o moim ideale kobiety. W tamtym komentarzu pojawił się również temat na najgorszy dzień w moim życiu. Dziś więc postanowiłem go poruszyć. Jednak już na wstępie przyznam, że nie będzie łatwo.

Dlaczego? Bo ja chyba jeszcze nie przeżyłem tego „najgorszego dnia”. Naprawdę chociaż w moim życiu było wiele przykrych chwil, sytuacji, to jednak sam nie wiem jaką mógłbym postawić na pierwszym miejscu. Na pewno było tego dużo, każdy ma przecież  te dobre i te złe momenty. Powiem tak. Kiedy o tych dobrych pamiętam, mam do nich sentyment i chętnie wracam myślami do tych chwil, tak o tych złych staram się po prostu zapomnieć. I przyznam Wam szczerze, udaje mi się to. Naprawdę sam nie wiem, jaki dzień mojego życia mógłbym określić mianem tego najgorszego.

Oczywiście przykrych chwil w moim życiu było wiele. Śmierć dziadków, mniej lub bardziej poważne kłótnie moich rodziców, nie szczęśliwa miłość, utrata pracy, kłótnie z przyjaciółmi, itp. Pozornie nie mające nic ze sobą wydarzania. Jedne bolały mnie bardziej, inne nie były takie straszne. Jednak wszystkie one odcisnęły na mnie swoje piętno, miały na moje życie, większy lub mniejszy wpływ. Wiem, że kiedy ich doświadczałem, przeżywałem je w czasie teraźniejszym nie było mi łatwo, a wręcz przeciwnie. Było ciężko.

Jednak powiem tak. W moim życiu miałem na tyle szczęścia, że przykre sytuacje nie spadały na mnie jak ten przysłowiowy grom z jasnego nieba. Chociaż tych złych chwil było wiele, to jednak miały one miejsce w takich momentach kiedy zakładałem, że mogą one nadejść. I mam nadzieję, że jeśli ma mnie spotkać coś złego to będę na to gotowy. Oczywiście najlepiej byłoby jakby te złe przeżycia omijały mnie szerokim łukiem. Sami wiecie, że tak się niestety nie da.

Wydaje mi się, że te złe chwile generują ludzie, poprzez rozmowy, konakty na tle towarzyskim, rodzinnym czy zawodowym. Przyznam  szczerze, że chociaż wielu dziwnych, nie fajnych sytuacji doświadczyłem właśnie przez różne historie z ludźmi to jednak jestem typem człowieka który nie potrafi nosić w sobie urazę na lata. Wybieram zasadę było minęło, staram się o tych złych chwilach nie pamiętać.

Zatem najgorszy dzień w moim życiu? Albo go jeszcze nie przeżyłem albo moje życie wcale nie było takie złe żeby mówić o takim dniu. Może to głupio za brzmi, ale obie te opcje nie brzmią najgorzej. Dobrze, skoro dziś było o najgorszym dniu w moim życiu, to będzie i o tym najlepszym. Muszę się pochwalić, że akurat z wybraniem tego dnia kłopotu miał nie będę. Zatem uzbrójcie się w cierpliwość, wpis o tym pojawi się w najbliższym czasie. Pozdrawiam.

Chapter 357 – One year ago…

Dawno dawno temu, no może nie tak dawno Waldek postanowił… Właściwie sam nie wiem co postanowił.  O niczym mi nie mówi, zrobił się ostatnio jakiś markotny.  No dobrze, mówi że postanowił podzielić się swoimi refleksjami na temat otaczającego go świata za pomocą bloga. Kurcze w ogóle jak to brzmi, „refleksje na temat otaczającego go świata”. Nasz Walduś chce się bawić w inteligenta, ale  czy tak samo jak ja, Wy też uważacie, że coś mu nie wychodzi? Dziś więc mała lustracja waldkowych wypocin które On nazywa „blogiem”.

Nie wiem jak wy, ale ja uważam, że jego blog jest co najwyżej przeciętny. Z jednej strony chłopak potrafi czasami fajnie pisać, z drugiej wielu jego wpisom tutaj brakuje ładu i składu. Widać ewidentnie, że do niektórych wpisów się przykłada, a do innych już mniej. Sam nie wiem czy go tu próbować usprawiedliwiać. Może raz ma wenę, a raz mu jej brakuje. Jednak jeśli mam być szczery. Mogę? Wydaje mi się, że jeśli już podjął się misji pisania czegoś codziennie, to powinien zadbać o jego jakość. A nie fajnie notki przeplata złymi i na odwrót.

Kolejna rzecz to tematy przez niego poruszane. Zacznijmy jednak od nazwy tego bloga. Potrochuwszystkiego. Niby ok, ale jak dla mnie pisanie o wszystkim, a raczej próba pisania o tym również wychodzi mu średnio. Jeszcze na początku było ok., ale ostatnie wpisy są po prostu nijakie. Mam tylko nadzieję, że się to zmieni bo naprawdę pisanie raz o tym a innym razem o tamtym wprowadza w całokształt tego bloga tylko nie potrzebny zamęt. Przyznam szczerze, że najlepsze wpisy jakie tutaj pisał, pisał o sobie. Dlaczego, bo widać, że robił to na luzie, bez jakiejkolwiek spiny i pisania regułek z Internetu.  Zatem drogi Waldku. Pisze więcej o sobie…

A teraz tak poważanie. Przez prawie rok prowadzenia mojego bloga zauważam, że jednym się on podoba, innym wydaje się beznadziejny, pełen błędów stylistycznych i chaosu. Za te dobre opinie bardzo dziękuję. Za te złe? Również. Ponieważ uczą one człowieka pokory. Przyznam szczerze, że mam świadomość, że nie jestem dobrym pisarzem. Z gramatyką u mnie na bakier, ze stylem pisania również. Jednak nie pisze tego bloga dla tysięcy odbiorców. Tworzę go dla siebie, dla własnej satysfakcji, dla moich przyjaciół, bliskich, znajomych którzy na niego zaglądają. I bardzo Wam za to dziękuję. Naprawdę, udało mi się wytrawić rok w tym wszystkim. No prawie, szampana otworzę 20 marca. A do tego czasu? No cóż, pomęczycie się jeszcze z Waldkiem i jego wpisami.

Dobra tyle jutro notka o…. W sumie to jeszcze nie mam tematu. Jakieś pomysły?

Chapter 356 – Warto Pomagać

1_procent_serce

Sam nie wiem jak zacząć ten  wpis.  Zastanawiałem się nad tym kilkanaście minut. Może tak. W dzisiejszym świecie dla wielu ludzi liczy się kariera, pieniądze czy władza.  Większość z tych osób bardzo często nie „widzi” nic poza czubkiem swojego nosa, nie przejmując się losem innych ludzi. Jednak wierze, że w otaczającym mnie świecie, są również osoby które z chęcią pomagają innym, tym bardziej potrzebującym. Dziś więc wpis o pomaganiu.

Przyznam szczerze, że na początek musze posypać głowę popiołem. Kto mnie zna wie, że jestem trochę typem marudy. Przez lata narzekałem na swoje życie. Na brak pracy, na kapitalizm, na brak perspektyw na lepsze dni. Życie wydawało mi się takie szare, nudne. W tym wszystkim nie potrafiłem docenić tych dobrych chwil jakie mnie spotykały. Poznanych ludzi na mojej drodze, posiadania przyjaciół, rodziny. Nie potrafiłem nawet docenić faktu, że jestem zdrowy, ze nie stoję w kilkumiesięcznych kolejach do przeróżnych lekarzy specjalistów itp. Bardzo często jest tak, że każdy z Nas przejmuje się swoim losem oraz najbliższych. Wydaje się to naturalne.

Ostatnio jednak zaczełem myśleć nad tym czy rzeczywiście moje życie jest takie beznadziejne. I wiecie co? Odkryłem, że wcale nie. Mam naprawdę dziesiątki powodów, że jest inaczej. Mam pracę, mam dach nad głową, jestem zdrowy, mam masę zainteresowań, przyjaciół, rodzinę itp.  Dotarło do mniej, że w porównaniu do innych nie mam najgorzej.  Na świecie w Polsce są tysiące osób którzy bardziej niż ja potrzebują wsparcia, potrzebują pomocy.

Dobrze, przejdę do meritum dzisiejszego wpisu.  Nadszedł miesiąc marzec, czas rozliczania się z Urzędem Skarbowym. Podatki musi płacić każdy. Jak pisałem kilka dni temu wielu z Nas narzeka na to, że musimy je oddawać do Skarbu Państwa,  a one zostają przez Nas rząd źle spożytkowane. Więc mam małą alternatywę. Skoro  chcemy,  żeby nasze pieniążki  zostały przekazane na jakiś fajny cel namawiam Was do przekazania 1 % podatku dla Ignacego Szymańskiego, małego chłopczyka który urodził się z wadą serca. Więcej na ten temat możecie poczytać na stronie internetowej:


http://www.sercedziecka.org.pl/podopieczni/potrzebuja-pomocy/2650-szymanski-ignacy.html

Ja już swój 1 procent przekazałem. Jeśli jeszcze się nie rozliczyliście ze Skarbówką, a sądze, że nie. Przecież to dopiero początek okresu rozliczeniowego to proszę i zachęcam Was do przekazania części swojego podatku na tego chłopca. Naprawdę warto oddać te pieniądze na ten cel.

Jak pisałem na początku tego wpisu wiele osób, w tym ja  narzeka na swoje życie często nie zastanawiając się nad tym, że  innym ludziom bardzo często żyje się gorzej niż  mi czy Tobie.  Mam jednak nadzieję, że w Nas Polakach nadal siedzi ten „zmysł” pomagania sobie nawzajem.  Dodam również, że przekazanie 1 %podatku nic nie kosztuje. To tylko wprowadzeniu kilku dodatkowych dacnych w naszego popularnego Pita 37. Mi zajęło to kilkanaście niewiele czasu. Zatem jeśli możecie to pomagajcie. Czy wolicie, żeby Wasz podatek poszedł na Skarb Państwa czy do naprawdę potrzebujących. Ja wybrałem opcję nr dwa. Jest lepsza.

Chapter 355 – Dobra Atmosfera

Loyality

Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo często zadaje sobie pytanie czy w pracy najważniejsze jest po prostu jej posiadanie. Czy zarabianie pieniędzy trzeba stawiać za główny cel naszych obowiązków. Bezrobotni powiedzą, że tak. Dziś w końcu z tą pracą jest przecież różnie. Wiem to również na swoim przypadku. Jednak czy poza co miesięczną pensją nie jest również ważna atmosfera pośród naszych współpracowników.

Przyznam  szczerze, że kilka miesięcy temu miałem pracę w której trudno było znaleźć dobrą atmosferę. Może inaczej. Ludzie, moi koledzy z pracy byli naprawdę świetni. Jednak przez mojego szefa, który w bardzo despotyczny sposób kierował naszą pracą miesiąc tej pracy to droga przez mękę. Wydaje mi się, że trudno skupić się na powierzonych nam zadaniach i dawać z siebie 100%, kiedy samo przyjście do siedziby firmy powoduje ucisk w żołądku i szybsze bicie serca. A tak właśnie wyglądały pojedyncze dni na pewnych wykopaliskach. Relacje z szefem nie należały do najprzyjemniejszych.

Czym właściwie jest ta dobra „atmosfera”??? Przede wszystkim chodzi o pozytywne relacje między pracownikami oraz między pracownikami a kierownictwem. I tak nawiązując do przykładu opisanego powyżej.  Z jednej strony powinna zostać zachowana hierarchia, szef- podwładni. Z drugiej jednak nikt by nie chciał mieć szefa despoty który kontrolowałby każdy Twój ruch. Wydaje mi się, że najrozsądniejszym wyjściem jest fajny zgrany zespół oparty na przyjacielskich zasadach. Tylko gdzie taki znaleźć. Kolejną zaletą „zgranej paczki” ludzi jest ich efektywność. O wiele łatwiej zaangażować się w swoje obowiązki, kiedy podchodzimy do wszystkiego pozytywnie. Nie mając przysłowiowego kata nad głową. Prawda?

Ktoś powiedział, że w kapitalizmie i gospodarce wolno rynkowej trudno dziś dobrą atmosferę. W świecie ludzi pędzących za pieniądzem, sukcesem, nie zwracających na nic więcej uwagi. Mi się jednak wydaje, że jest to możliwe. Po prostu trzeba trafić na odpowiednich ludzi. Rzadko się to zdarza, lecz nie jest to nie możliwe. Zatem jeśli udało Wam się zbudować w miejscach w których pracujecie fajny zgrany Team, to naprawdę doceńcie to.

A jak jest w mojej pracy. Przyznam szczerze, że to początek mojej przygody z tym zawodem. Jednak muszę się pochwalić, że jest fajnie. Sympatycznie, wesoło. Jak na razie jest po prostu dobrze. Jestem zadowolony, i mam nadzieję, że będzie nadal ok. Czas pokaże.

Chapter 354 – Baby ach te baby…

8 marca

W życiu każdego faceta przychodzi ten dzień. Dzień odwiecznych dylematów. Czy kupić dziś kwiaty swojej wybrance czy nie. Jeśli kupisz to żona może się obrazić mówiąc, że  tylko w dzień kobiet dostaje od Ciebie kwiaty, a rok ma przecież 365 dni. Jeśli nie kupisz tych kwiatów, obrazi się na pewno. Czy lepsza więc sytuacja w której może się obrazić czy taka w której zrobi to z pewnością? Dziś zatem o Dniu Kobiet.

Pamiętam jak w czasach szkolnych ten dzień mnie prześladował. Czemu. Dlatego, że na 26 osób w klasie kobiety stanowiły zdecydowaną większość. Nas było 8 rodzynków. Bab aż 18 sztuk. I jeśli ktoś powie, o to mieliśmy fajnie, odpowiem, wcale tak kolorowo nie było. I ten problem, jak w osiem osób mamy uzbierać na prezenty na dzień kobiet dla osiemnastu dziewczyn. Jakoś dało radę.

To teraz kilka słów o historii tego święta. I tu po raz drugi obalamy mity. Wielu osobom, podobnie jak Święto Pracy, Dzień Kobiet kojarzy się z komunizmem. Nawet wczoraj podczas rozmowy telefonicznej kolega mi mówił,  że coraz mniej osób obchodzi ten dzień, bo jak to ujął „to komunistyczne święto”.  Jednak prawda jest nieco inna. Dzień kobiet jest w istocie robotniczym świętem, jednak nie wymyślili go Marks, Engels czy nasi bracia towarzysze za wschodnią granicą, jeśli łapiecie aluzję.

Dzień kobiet powstał na początku XX wieku pod wpływem ruchów robotniczych w Ameryce Północnej. Pierwszy raz obchodzony był 28 lutego 1909 r. w Stanach Zjednoczonych. Ciekawe co w tym momencie dziwi Was bardziej, to że jest to święto rodem z Ameryki czy inna, niż współcześnie data obchodów. Odnośnie daty, zmieniała się ona jeszcze kilkukrotnie. W 1910 roku Międzynarodówka Socjalistyczna w Kopenhadze ustanowiła obchodzony na całym świecie Dzień Kobiet, który służyć miał krzewieniu idei praw kobiet oraz budowaniu społecznego wsparcia dla powszechnych praw wyborczych dla kobiet. W ich założeniu panie swoje święto miały mieć 8 marca. I w ten oto sposób święto to przejęli CI nasi „komuniści”.

Swego czasu istniała nawet anegdotka, że za obaleniem caratu w Rosji stoją właśnie kobiety. W 1917 roku panie w Rosji zorganizowały strajki i protesty pod hasłem „chleb i pokój”. Cztery dni później Car… abdykował. Faktem jest, że od tamtej pory Dzień Kobiet kojarzony jest właśnie z komunistyczną Rosją. W 1965 roku rząd ZSRR ustanowił go wolnym od pracy.

Dziś dzień kobiet jest oficjalnym świętem w co najmniej kilkudziesięciu krajach świata, w tym w Polsce. I chociaż nie jest już to święto państwowe, a jego charakter stał się bardziej symboliczny, to jednak można z pewnością powiedzieć, że o dniu kobiet pamiętają wszyscy. A jeśli jakiś mężczyzna o nim zapomni, to jego żona szybko mu o nim przypomni.

Miłe słowa, drobne upominki, biżuteria, słodycze, ale przede wszystkim kwiaty. Większość kobiet dostała dziś któryś z tych prezentów. Róże, tulipany dziś. A pamiętacie jakie kwiaty były popularnym prezentem kilkanaście lat temu? Nie wiecie? Chodzi o goździki. Za moich czasów szkolnych kupowało się je nauczycielkom i koleżankom z klasy.

A na koniec…. z dedykacją. 8 marca….. Liga Mistrzów!!!

 

Chapter 353 – Najdziwniejszy sen Waldka

sny

Sny towarzyszą człowiekowi od zarania dziejów. Ludzkość bardzo często snami nazywała jakiś zewnętrzny głos, jakieś moce nadprzyrodzone.  W Piśmie Świętym sny stanowią część składową Bożego planu zbawienia. Bóg przemawia do ludzi we śnie, aby im dopomóc, ostrzec ich lub oznajmić im swoje zamiary. Dziś są one tłumaczone w sposób bardziej przyziemny, jako odwzorowywanie  naszego codziennego życia, tego jacy jesteśmy, co nasz otacza, itp. Ja dziś postanowiłem opisać swoje sny.

Przyznam  szczerze, że w końcu ostatniego miesiąca miałem dużo snów takich zwyczajnych, dotyczących głównie mojej pracy. Chyba nie jest to niczym nie naturalnym, skoro jest to nowa praca. Nowi ludzie, otoczenie, obowiązki. Chociaż minął miesiąc ja nadal się w tym wszystkim odnajduje. Zatem nie dziwne, że śniło mi się raz, że moja kierowniczka na mnie krzyczy, że coś źle zrobiłem.

Jednak wszystkie te sny nawet nie mają startu do tego najdziwniejszego. Wyobraźnia człowieka nie zna granic. Dzięki temu ludzkie umysły potrafią stworzyć takie sny. Ostatnio wpadł mi do głowy pomysł żeby napisać o tym najbardziej skomplikowanym.  Zastanawiam się tylko skąd we mojej głowie wziął się taki, taki sen…

Dobra, żeby nie przedłużać.  Moim najbardziej dziwnym snem był fakt, że śniło mi się, że jestem Lwicą która broniła swoich lwiątek. Tak możecie w tym momencie spytać, co takiego musiałem „brać”, żeby mój umysł stworzył coś takiego. Ja też się nad tym zastanawiam. Przyznam szczerze, aż głupio mi o tym pisać, ale skoro jest to wpis o mnie, takie trzeba.

No dobra. Tak Waldek jako samica lwa. Kurcze, moim znakiem zodiaku jest Lew, ale dlaczego w tym śnie byłem kobietą? Było dziwnie. Akcja mojego snu miała miejsce tak jakby w mojej rodzinnej miejscowości. Broniłem w nim swoich młodych, przed stadem hien. Wiem, że w pewnym momencie się obudziłem, i nie pamiętam dokładnie jak cała historia się skończyła. Albo wiem, ale pisać o tym nie chce. Mimo wszystko mam świadomość tego, że sen ten jest naprawdę najdziwniejszym w moim życiu.

Naprawdę do dziś się zastanawiam. WTF??? Co to kur… było? Albo jak ten orzeł z kawału. Obudziłem się wtedy ze stwierdzeniem, ale ja jestem pojebany…. Przyznam, szczerze, że głupio mi się było chwalić tym faktem. Np. takie pogaduchy ze znajomymi wieczorami, typu, jakie były wasze dziwne sny. I weź opowiadaj o czymś takim. Jednak teraz już wiecie, o czym po nocach śni Waldek.

Dobra wystarczy moich opowieści. I tak już się skompromitowałem. A jakie są wasze dziwne sny? Zapraszam do komentowania.

Chapter 352 – Król Artur kończy z Reprezentacją

boruc

Wiem wiem, ta wiadomość ma już więcej niż kilka dni. W zeszłą środę Artur Boruc, polski bramkarz ogłosił, że kończy reprezentacyjną karierę. Jednak chociaż planowałem o tym napisać wcześniej, to jakoś temat ten wyleciał z mojej głowy na kilka dni.  Piszemy więc dziś. Musiałem o tym napisać ponieważ dla mnie Artur Boruc to najlepszy polski bramkarz XXI wieku.

Artur Boruc urodził się… Był piłkarzem Legii Warszawa, Celticu Glasgow… Nuda!  Przecież to wszystko wiadomo. Każdy kibic polskiej piłki nożnej wie kim jest Artur Boruc. Jak dla mnie taką najzwyklejszą w świecie wizytówką Artura Boruca jest jego, pełna wzlotów i upadków, kariera. Zacznijmy może od tych pierwszych. Na wstępie musze się pochwalić, że kiedy większość kibiców poznała Artura Boruca na MŚ w 2006 roku, tak ja tym zawodnikiem zacząłem się interesować w 2002 roku kiedy w cieniu porażki kadry Engela młody bramkarz Legii Warszawa zdobył ze stołecznym klubem Mistrzostwo i Puchar Polski.

Dobra zacznijmy jednak od wzlotów. Wielu kibiców uważa, że dwa najlepsze mecze w swojej karierze Artur Boruc rozegrał broniąc polskich barw w spotkaniach reprezentacją Niemiec podczas dwóch imprez mistrzowskich, MŚ w 2006 roku i ME dwa lata później. Nie wiem jak Wy, ale ja zgadzam się z tym stwierdzeniem w 100 %. Pamiętam kiedy całą rodziną oglądaliśmy mecz Polska Niemcy na Mundialu. Każdy się łapał się za głowę z zachwytu i niedowierzania kiedy patrzyliśmy na genialne wręcz obrony polskiego bramkarza. Wyczyn ten Boruc powtórzył 2 lata później podczas ME 2008. Ktoś powie, przecież obydwa te mecze przegraliśmy. Odpowiem gdyby nie Artur Boruc bilans tych obydwu spotkań byłyby dużo wyższy. Przypomnę, że zakończyły się one wynikami 0:1 podczas MŚ i 0:2 podczas ME.

Wspaniałych meczy czy to w kadrze, czy w klubach w jakich grał Artur Boruc było co najmniej kilkadziesiąt. Zawodnik ten jest ceniony za znakomity refleks, i wręcz niesamowitą skuteczność interwencji które wydawały by się nie możliwe do obrony. Ile to razy świetnie bronił na boiskach w Szkocji czy Anglii?

Dobra były wzloty tak teraz będą upadki. Musze powiedzieć, że mam mały żal do Artura Boruca. O jego styl bycia. O hamburgery i papierosy, o masę ciała. No swego czasu był ewidentnie gruby. Dobra żart. Mimo wszystko żałuje, że kariera tego bramkarza nie potoczyła się trochę inaczej. Przede wszystkim mam żałuje, że nie trafił do wielkiego europejskiego klubu. Uważam, że kiedy był w szczytowej formie spokojnie mógłby grać w takich klubach jak Manchester United, Arsenal, FC Barcelona. Niestety większosć swojej kariery  spędził w europejskich średniakach. Szkoda.

Wielu kibiców ma żal do Boruca o aferę alkoholową, o fatalną pomyłkę w meczu Polska Słowacja która zakończyła się samobójczym trafieniem jednego z obrońców (pana Żewłakowa jeśli chcemy być dokładni). Ja akurat tą wtopę bramkarzowi wybaczyłbym. Podczas tych eliminacji cała drużyna Polski grała po prostu źle. A Artur Boruc miał również w tamtym czasie problemy rodzinne.

A co więcej. Internet jest pełen prześmiewczych Memów dotyczących Arutra Boruca. Afera samolotowo-alkoholowa i „genialne” wręcz wypowiedzi tego bramkarza czynią z niego bez wątpienia osobę z charakterem. Co by nie powiedzieć o Arturze Boruc, dla mnie to jeden z największych talentów piłkarskich w naszym kraju. I tylko żałować, że jego kariera chyli powoli dobiega końca.

Chapter 351 – Wiosna??? No chyba jeszcze nie.

wiosana

Ćwierkanie ptaszków, mrówki, pszczółki, kwitnące przebiśniegi… Tak budzi się do życia przyroda.  Chociaż w trwa jeszcze kalendarzowa zima to co możemy zaobserwować za oknem  czyli dodatnie temperatury, fachowo nazwać można Pierwiośniem. I nie jest to nazwa wymyślona przeze mnie. Dziś zatem o lekkim powiewie wiosny jaki w ostatnich dniach zawitał do naszego kraju.

W marcu jak w garncu. Jedno z najbardziej znanych polskich przysłów jak nic pasuje do 15 stopni ciepła jaką mamy dziś za oknem. Przyznam szczerze, że podróżując dziś do Lublina, widziałem wielu młodych ludzi ubranych tylko w koszulki, koszule lub bluzy. Widocznie po miesiącach zimy, dzisiejsza temperatura wywołała w naszych organizmach sztuczne poczucie ciepła. Szok że ktoś chodził dziś po dworze z krótkim rękawkiem, ponieważ 15 stopni w porównaniu z letnimi upałami to jednak trochę mało, ale ok., co kto lubi.

Ogólnie tzw. Pierwiośnie charakteryzuje się dłuższymi okresami z wyższą temperaturą średnią. Bardzo często jednak przeplecione są one chłodem, przymrozkami i opadami śniegu, ten jednak rzadko już tworzy pokrywę. Podobno od jutra ma być ponownie zimno. No ciekawe jak to będzie. Oby tylko nie było już dużych mrozów bo przyroda obudziła się do życia, drzewa wypuściły pęczki i teraz zmarzłby.

Wielu moich znajomych cieszy się z nadejścia wiosny. Jednak czy naprawdę jest tak ładnie, jak im się wydaje. Przyznam szczerze, że byłem w ten weekend w moim domu rodzinnym na wsi. Było niby ok. Jednak.  Wiele osób mówi że początek wiosny to  przepiękny, robi się ciepło a wokół jest tak pięknie.

Taaa… Może na dworze, czy jak to woli na polu, jest rzeczywiście ciepło to czy pięknie? Będąc na wsi starałem się obserwować przyrodę. Drzewa, łąki, pola, polne drogi itp. I przyznam szczerze, że teraz na dworze jest tak brzydko, że głowa mała. Wszędzie walają się jakieś śmieci, jest pełno wody i błota. Mokro, szaro, nie za fajnie i sam nie wiem jak jeszcze. Może wiosną w istocie jest ładnie, jednak do tej prawdziwej kalendarzowej jeszcze Nam wszystkim trochę zostało.

Ładnie to będzie kiedy będzie zielono od trawy, żółto od kwitnących mleczy i biało od kwitnących drzew liściastych. Bo teraz z tym pięknem otaczającej Nas przyrody to naprawdę polemizowałbym. Dajmy przyrodzie, oraz „panom” sprzątającym śmieci czas, żeby na dworze, naprawdę zrobiło się fajnie, wiosennie, jak kto woli.

Źródło zdjęcia: http://andrzej-banach.eu/2012/04/21/wiosna/

Chapter 350 – Skąd się wzieły Święta ruchome

108481_Image4e-900x506

Jako dziecko co roku pytałem rodziców, babcię jak to jest że Wielkanoc co roku jest w innym dniu kalendarza. Czemu raz pod koniec marca, a czasami w połowie kwietnia. Jakoś nigdy nie otrzymałem na to pytanie odpowiedzi. Dopiero potem zainteresowałem się tym tematem. Dziś zatem o tym dlaczego niektóre święta w kalendarzu mają co roku inne terminy.

Może najpierw wymienię najważniejsze święta ruchome z kalendarza liturgicznego. Są to, chronologicznie, Popielec, Niedziela Palmowa, Wielkanoc, Wniebowstąpienie, Zesłanie Ducha Świętego, Boże Ciało. Za pewne, podobnie jak ja, część z Was również zastanawiała się dlaczego co roku każde z tych świat jest w innym terminie.

Żeby nie przedłużać. Wydawałoby się że religia chrześcijańska ma nie wiele wspólnego z astronomią. Przecież to religie starożytnych Greków i Rzymian odnosiły się często do gwiazdozbiorów, słońca, planet, księżyca. Jednak wiem, że to będzie to mały szok, ale to właśnie z tym ostatnim związane są wszystkie święta ruchome. Może po kolei. Jak wiemy wszystkie święta ruchome związane są z Wielkanocą. Popielec który rozpoczyna okres Wielkiego Postu, Niedziela Palmowa, na tydzień przed Wielkanocą, obchody Triduum Paschalnego w czyli uroczyste celebrowanie męki i zmartwychwstania Jezusa. Potem jeszcze mamy Wniebowstąpienie, Zielone Światki itd.

Do czego zmierzam. I co z tym wszystkim wspólnego ma Astronomia? Otóż w naszej religii przyjęło się, że święta Wielkanocne zawsze przypadają w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni Księżyca. Czasem pełnia ta przypada już w pierwsze dni wiosny, a czasem czekamy na nią prawie miesiąc. Np. w XXI wieku najwcześniejsza Niedziela Wielkanocna wypadała 23 marca w 2008 roku, a najpóźniejsza 24 kwietnia 2011 roku. Równica zatem aż 31 dni.

A skoro do Wielkanocą powiązane są wszystkie święta ruchome tak czasem człowiek ma aż 2 karnawału na zabawę, a czasem jest to tylko nieco ponad miesiąc. Przyznam szczerze, że wolę kiedy święta Zmartwychwstania Pańskiego są później, bo w kwietniu jest już fajnie ciepło kiedy maja one miejsce. Jak już pisałem zmiany te wynikają z Zmiany wynikają z rozmaitego układu Księżyca w danym roku i od jego faz w danym roku. Kiedy dodamy do tego rok przestępny to że Wielkanoc wypadnie w tym samym dniu zdarza się co kilkanaście lat. Np. W tym roku przypada ona 16 kwietnia. W przeszłości taka sytuacja miała miejsce w 2006 , teraz w 2017 i następnie w 2028 roku. Jednak wzór 11 lat nie jest wyznacznikiem, ponieważ na następną Wielkanoc tego dnia będziemy czekać do 2090 roku.

Na koniec przyznam szczerze, że przygotowując się do napisania tego wpisu, nie natrafiłem dlaczego to z pierwszą wiosenną pełnią księżyca związane są terminy świat ruchomych. Jednak odkąd kościół katolicki rok w rok uroczyście celebruje te święta, system taki trwa po dziś dzień. W Internecie można znaleźć  tabele świąt ruchomych od 1600 roku do 2100. Jeśli chcecie popatrzcie.

Moja rodzina dzięki tej tabeli poznała dokładną datę urodzin mojego Taty. A jest dokładnie tak. W jego dowodzie osobistym figuruje, że urodziny obchodzi 26 lutego. Jednak moja babcia cały czas twierdziła, że urodził się On w Tłusty Czwartek w domu. Tyle że w 1950 roku święto to miało miejsce 16 lutego. A więc Tata jest o 10 dni starszy niż figuruje to w dokumentach. Po prostu dziadek zapisując go w urzędzie stanu cywilnego dopiero po 10 dniach a jakiś urzędnik musiał stwierdzić, że tego dnia ma urodziny, i tak już zostało. I chociaż wiemy, o pomyłce to z przyzwyczajenia obchodzimy urodzin 26 lutego.

Czy teraz już wiecie skąd się wzięły daty świąt ruchomych? Zapraszam do komentowania.

Chapter 349 – Nie chwal dnia przed zachodem słońca

Każdy z Nas przeżył taki dzień. Cieszył się na jego przyjście tak bardzo bardzo. Kurcze, nareszcie jest, ten wymarzony dzień.  Wstajesz rano, wszystko jest fajnie, układa Ci się w pracy, wracasz do domu, robisz obiad, jest naprawdę super. Kurcze więcej takich dni. I nagle, bum, pewne wydarzenie psuje Ci humor na cały dzień.  Zasada nie chwal dnia przed zachodem słońca, jest w tym momencie bardzo aktualna.

Przyznam szczerze, że ja bardzo często mam takie dni. Chwile w których  jest fajnie, naprawdę super, a jedna zła chwila wszystko to niweczy od tak. Dziś jest właśnie taki dzień. Aż szkoda pisać. Powiem tak. Chociaż mam prawie 30 lat, bardzo często jest naiwny wobec świata, za dużo oczekuje po ludziach. A potem zbieram tego żniwo. Czy chciałbym żeby było inaczej? Pewnie, że tak.  Jednak na nie które rzeczy nie mam wpływu. Musze chyba nauczyć się z tym żyć.

Dobra koniec moich wypocin. Wiem najgorszy wpis „ever” lecz musicie się przyzwyczaić, że czasem mam takie chwile. Dni kiedy przez jedna głupią sytuację psuje mi się humor i nie mam już wtedy ochoty na nic, nawet na pisanie Bloga. Mam tylko nadzieję, że jak jutro wstanę obudzę się w lepszym humorze.

Pozdrawiam Was

Cześć

Chapter 348 – Kochamy Podatki

668493-podatki-657-323

Ech te głupie urzędniki, przecież na ich pensje idą moje podatki,  więc dlaczego zamiast pomagają, tylko przeszkadzają. Za co oni im tam plącą, ja się pytam. Jednak dziś nie będzie tylko o naszej jakże „lubianej” biurokracji, ale o podatkach. Dlaczego takie wysokie, dlaczego musimy część naszych zarobków oddawać na państwo, z tymi pytaniami boryka się na co dzień każdy z Nas.

Może na początek pochwalę się tym, że dziś pierwszy raz w życiu rozliczałem się za dochody w roku ubiegłym przez Internet. I od razu muszę przyznać, że jest to świetna sprawa. Poradziłem się wcześniej znajomych jak to zrobić, zebrałem pity do kupy, pobrałem zainstalowałem program, wklepałem swoje dane, kilkanaście potrzebnych liczb i tyle. Opcja złóż E-deklarację, wyślij i z głowy. Może wszystko to brzmi skomplikowanie, lecz tak naprawdę zajęło mi to niecałą godzinę. W standardowy sposób to pewnie poszedłbym to znajomej księgowej raz, zostawił wszystkie potrzebne dokumenty, musiał czekać dzień dwa na wypełnienie, odbiór, wyjazd do mojego Urzędu Skarbowego, składanie deklaracji. Cała ta procedura zajęłaby mi pewnie co najmniej 3 dni. A przez Internet jak już pisałem mniej więcej 1 godzinę. Normalnie jestem z siebie dumny. I mam nadzieję, że w moim rozliczeniu nie popełniłem żadnych błędów.

Dobrze, przejdźmy do opowieści o podatkach. Czym właściwie one są? Wikipedia rzecze o nich tak.  „Podatek – obowiązkowe świadczenie pieniężne pobierane przez związek publicznoprawny (państwo, jednostka samorządu terytorialnego) bez konkretnego, bezpośredniego świadczenia wzajemnego. Zebrane podatki są wykorzystywane na potrzeby realizacji zadań publicznych. Współcześnie pieniądze z podatków trafiają do skarbu państwa, województwa, powiatu albo gminy, które dzięki temu mogą inwestować w rozwój infrastruktury, wojska, policji, oświaty, służby zdrowia itp. Obecnie uznaje się, iż podatki są świadczeniami pieniężnymi, jednakże w historii znane są również podatki świadczone w innych niż pieniądz dobrach”. Może wystarczy. Nie ma się co zagłębiać w rodzaje podatków itp. Byłby to tylko potrzebny urzędowy „bełkot” z mojej strony. Każdy wie o co chodzi. Jeśli zarabiamy mniej niż 85 tyś złotych w skali roku do Skarbu Państwa oddajemy 18 % naszego zarobku, jeśli powyżej tej kwoty są to 32 % dochodów. Tak w skrócie.

Każdy Polak w wieku produkcyjnym za pewne zastanawiał się na co idą nasze podatki. Przyznam szczerze, że sam kiedyś rozmyślałem nad tym tematem. Jednak kiedy człowiek się tak zastanowi to można powiedzieć, że wokół Nas jest pełno takich rzeczy. Najwięcej naszych pieniędzy w pochłaniają ubezpieczenia społeczne, przede wszystkim emerytury i renty. Przykładowo. Z 1000 zł Twojego podatku na emeryturę dla kochanej babci oddajesz około 270 zł. Jest to więc ponad jedna czwarta wydatków publicznych.

Kolejne miejsca na liście zajmują odpowiedni służba zdrowia, edukacja, administracja publiczna itp. Mam nadzieję, że nie trzeba wyjaśniać czym jest ochrona zdrowia. Wszystkie wydatki państwowych szpitali, przychodni zdrowia, pensje lekarzy pielęgniarek itd. nie biorą się znikąd. Oczywiście w tym momencie chodzi mi o sektor państwowy czyli tzw. NFZ.  Spyta ktoś, to dlaczego skoro tyle wydajemy na opiekę zdrowotną to trzeba czekać miesiącami w kolejce do lekarza. Powiem tak, mnie o to nie pytajcie, nie wiem.  Idźmy jednak dalej. Edukacja. Wiadomo jest, że każdy Polak do 18 roku życia ma obowiązek nauki. Mamy przedszkola, szkoły podstawowe, gimnazja, szkoły średnie i uczelnie wyższe. Przyznam szczerze, że to w Polsce również idą ogromne pieniądze. Pewnie słyszeliście jak to co chwila w Polsce chcą likwidować jakąś szkołę. Jeśli wydaje się Wam, że są one zamykane ze względu na niż demograficzny to jesteście w błędzie. Zazwyczaj chodzi o pieniądze. I tak jeśli na wydatki małych szkół podstawowych państwo rocznie wydaje od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy złotych tak na uczelniach wyższych kwoty są liczone nawet w setkach milionów złotych. W liczą się w to cały koszt utrzymania tych instytucji. Pensje pracownicze, dzierżawę budynków, rachunki, bieżące wydatki i setki innych rzeczy.

Administracja publiczna. Tą kwestię zostawiłem na koniec. Bo jest chyba przez Nas Polaków najmniej lubiana. Mieszczą się w niej te wszystkie nasze kochane urzędy typu ZUS, KRUS, ARMiR, Urząd Pracy, Główny Urząd Statystyczny,  Agencje Rynku ROLNEGO, kancelarie Rady Ministrów, Najwyższa Izba Kontroli, urzędy gminne, starostwa powiatowe, urzędy wojewódzkie i setki innych mniej lub bardziej potrzebnych „urzędów” w Polsce. Jakie środki idzie na to wszystko. Trudno oszacować. Jednak są to kwoty liczone w dziesiątkach miliardów złotych w skali roku

Sami więc widzicie, że Instytucji Życia Publicznego na które idą nasze podatki są w naszym kraju zapewne tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy.  Spyta ktoś, skora tak ogromne kwoty idą na wszystko, to dlaczego ludziom wcale nie żyje się tak fajnie, jak to powinno wyglądać. W sumie o to można zapytać rządzących nie tylko w Polsce, lecz w większości krajów na całym świecie, bez względu na czasy w jakich przyszło im administrować, że tak powiem, pieniędzmi swoich obywateli.

Chapter 347 – Środa Popielcowa

Ash Wednesday

Przyznam Wam szczerze, że ja to pójdę do piekła. Dlaczego? Bo dziś obowiązuje post a ja zrobiłem sobie na obiado-kolacje, którą jadłem przed chwilą spaghetti. No co, byłem głodny. Na moje usprawiedliwienie napisze, że miałem dziś ciężki dzień w pracy i nawet dobrze zjeść okazji nie było. A że praca na drugą zmianę, stwierdziłem, że dziś zrobię coś dobrego. Także w dzień który nie wolno jeść mięsa zjadłem go więcej niż w inne dni.

No dobrze, zaczynam wpis. Miało być w końcu dziś o środzie popielcowej a nie o tym, że nie przestrzegam postu. Ale powiedzcie sami, kto nie zjadł dziś mięsa? Wydaje mi, że we współczesnym świecie coraz mniej osób w takie dni jak Popielec przestrzega postu. No już. Miało być o środzie popielcowej to będzie.

Środa Popielcowa albo jak kto woli Popielec to w kalendarzu liturgicznym kościoła katolickiego pierwszy dzień Wielkiego Postu. O samym poście postanowiłem napisać kiedy indziej. Dziś skupmy się na tym święcie. Poza oczywistym faktem poszczenia tego dnia, kiedy mięsa jeść nie wypada Popielec ma również kilka innych tradycji. Chociaż Środa Popielcowa nie jest świętem w którym mamy wolne od pracy, to jednak w chrześcijańskiej tradycji odgrywa ona ważną rolę. W kościołach na całym świecie dziś odprawiane były msze święte.

Według obrzędów katolickich tego dnia kapłan posypuje głowy wiernych popiołem. Przyznam szczerze, że całe życie myślałem, że jest to popiół symbolizuje to, że człowiek po śmierci zamienia się w proch o którym mówi się przy okazji pogrzebów. Duże zaskoczenie spotkało mnie wczoraj kiedy przygotowując się do pisania tej notki odkryłem, że popiół ten jest symbolem sakramentu pokuty i która jest niejako wprowadzeniem do Wielkiego Postu. Symboliczne pozbycie się grzechów ma Nas przygotować do Wielkanocy. Kolejną rzeczą jest sam popiół który obsypuje wiernych kapłan.  On także nie jest przypadkowy, nie pochodzi z kominka na plebanii.  Popiół ten pochodzi ze z palm poświęconych w zeszłym roku w Niedzielę Palmową. Ogólnie zwyczaj ten pojawił się w VIII wieku. W XI wieku papież Urban II uczynił go obowiązującym zwyczajem w całym Kościele.

Wracając  do akapitu wstępnego. Otóż w naszej tradycji przyjęło się W Środę Popielcową katolików obowiązuje wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych (od 14. roku życia) i post ścisły (między 18. a 60. rokiem życia), czyli ograniczenie liczby posiłków do syta do jednego w ciągu dnia. Ja jednak spytam ile osób tak naprawdę przestrzega postu w taki sposób jak mówi o tym kościół? Myślę jednak, że czy przestrzegamy czy nie jest dziś indywidualną sprawą większości katolików. Jedni unikają spożywania dziś mięsa, inni jedzenia do syta. Są też tacy którzy często zapominają o poście. A do jakiej grupy Ty, mój drogi czytelniku należysz? Zapraszam do komentowania.

Chapter 346 – Karnawał czyli żegnamy mięso

karnawal

Jakoś  dziwnym trafem złożyło się tak, że ostatni dzień miesiąca lutego jest ostatnim dniem karnawału. Przez równe dwa miesiące na świecie trwał czas zimowych balów, maskarad, pochodów i zabaw. W Polsce mamy ostatni a w Brazylii od kilku dni trwa wielka feta w rytmach samby. Dziś więc o karnawale.

Na początek mała zagadka. Wszyscy doskonale wiedzą, że kończy się dziś, we wtorek poprzedzający środę popielcową. Lecz kiedy się zaczyna. Dla wielu osób taką datą jest 1 stycznia. Na świecie przyjęło się, że to właśnie huczne powitanie nowego roku jest początkiem karnawału. Jednak nie jest to do końca prawdą. Karnawał rozpoczyna się świętem Trzech Króli. A pierwsze dni nowego roku zaliczane są do okresu Bożego Narodzenia.

Geneza karnawały wywodzi się  z czasów starożytnych. Sama nazwa pochodzi od włoskiego carnevale, z łaciny: carnem levāre („mięso usuwać”) bądź carne vale („żegnaj mięso”). Obie te nazwy oznaczają pożegnanie się z jedzeniem mięsa i nadejściem  postu. Część badaczy tego zjawiska doszukuje się tutaj pomieszania tradycji chrześcijańskich z pogańskimi.  Chodzi tutaj o fakt, że nadejście postu poprzedzają zabawy, śpiewy tańce których korzenie możemy znaleźć w obrzędach ku czci boga wina Dionizosa.

Jeśli już żegnać to mięso to z pompą. I tak w ostatni weekend karnawału na całym świecie organizowane są huczne imprezy. A gdzie jest najlepiej najgłośniej? Oczywiście na imprezie w rytmach Samby w brazylijskim Rio de Janeiro. Widowiskowa parada, skąpo ubrane tancerki i muzyka z całego świata. Ech mimo ze nie jestem typem imprezowicza to chciałbym kiedyś pojechać na brazylijski karnawał. Kto jedzie ze mną?

Na świecie karnawał a w Polsce ostatki, albo jak to woli Zapusty. W naszym kraju jest to czas od tłustego czwartku kończące się zawsze we wtorek, zwany w Polsce „śledzikiem”.  Najpierw człowiek obżera się pączkami, żeby potem w następne dni spalić te wszystkie kalorie podczas bali ostatkowych.  Jednak okres ten to nie tylko czas muzyki i tańca. W naszym kraju z ostatkami związane są również pewnego rodzaju tradycje, zwane właśnie zapustami. Do najbardziej znanych obrzędów należały przebieranki za babę z dzieckiem, za milicjanta, żandarma. W wielu częściach Polski popularne były tzw.  wędrówki po domach. Polegały one na tym, że przebrani chłopacy wędrowali do chat i po przemowie otrzymywali wykup. Jeśli nic nie dostali, porywali gospodarza i trzymali go tak długo, dopóki nie wykupił się w karczmie. Śpiewy tańce, tworzenie kukły z którą chodzono od wsi do wsi. Jedną z najbardziej mrocznych tradycji, ale moją ulubioną jest opowieść postaci tzw. Zapustu. Była to postać która w nocy już w środę popielcową jeździła po świecie i oznajmiała nadejście Wielkiego Postu.

Tradycji zapustowych, ostatkowych czy ogólnie mówiąc karnawałowych na całym świecie są setki. Chrześcijanie naprawdę od wielu wielu lat tuż przed nadejściem postu urządzają bardzo huczne, i liczne imprezy.  Jedno jest pewne. Ostatki są ostatnimi dniami kiedy można jeść mięso. Jutro już post, zaciskamy pasa. Najeść będziemy się mogli dopiero w Niedzielę Wielkanocną. Lecz o tym napiszę w przyszłości. Jutro, a jakże, o środzie popielcowej.

Chapter 345 – Oscary 2017

oscary

No i La La Land nie został najlepszym filmem wszech czasów. Rekord nominacji nie przełożył się na rekord zdobytych statuetek. Jednak o tym co takiego wydarzyło się podczas Oscarowej gali będzie się mówić jeszcze przez miesiące, jeśli nie lata. Dziś więc moje małe podsumowanie wczorajszej gali wręczenia Oscarów. Jednak nie będzie takie jak zwykle. Nie będę pisał jaki film wygrał daną kategorię, ponieważ nie chce Was zamęczać informacjami które na okrągło podawały dziś najważniejsze portale informacyjne tak Polsce, jak i na świecie.

Szok, konsternacja, nie dowierzanie. I oscarowa wtopa jakieś chyba w historii tych nagród nie było. Chyba tak można nazwać pomyłkę z wręczaniem głównej nagrody dnia, a wiec statuetki dla najlepszego filmu. Warren Beauty i Faye Dunnaway otrzymali nie tą kopertę co trzeba i ogłosili zwycięstwo La La Land. Członkowie ekipy tego filmu zdążyli wejść na scenę, odebrać nagrody, ładnie podziękować i… okazało się, że faktycznym zwycięzcą tegorocznych Oscarów została produkcja Moonlight.

Jednak dużo ważniejsze rzeczy działy się u mnie w domu.  Jak co roku postanowiłem obejrzeć rozdanie Oscarów na żywo. Jak wiadomo Polskę a Los Angeles dzieli około 9 godzin jeśli chodzi o strefy czasowe. I tak kiedy w Hollywood rozpoczynała się ceremonia, w Polsce była godzina 2.30 w nocy. Jednak co mi tak. Nie kładę się, oglądam. I nie ważne że w poniedziałek idę do pracy. Jest godzina 5.47 ogłoszona zostaje nagroda dla najlepszego aktora. Pewne jest również to, że La La Land nie pobije rekordu 11 statuetek, a nawet zdobędzie ich dużo mniej niż przewidywano. Dochodzi 6.00 rano, i stwierdziłem kładę się. Byłem tak śpiący, że masakra, a w perspektywie mam przecież dzień w pracy. Myśle sobie, nie ma co czekać. Rekordu nie będzie,  ale LLL i tak zostanie najlepszym filmem. I w ten oto sposób najlepsze przegapiłem, a dokładniej przespałem. Całe zamieszanie z ogłoszeniem najlepszego filmu mnie ominęło. Wiem jedno, za rok jeśli będę miał pracę tego samego dnia, to Oscarów nie oglądam. Czemu nie wręczają ich z soboty na niedzielę?

Jeśli miałbym podsumować galę oscarową to pierwszy lat od lat było naprawdę wiele zaskoczeń. Spektakularna porażka La La Land, gdzie  nie zgarnęli nagrody w kategoriach w których wydawał się murowanym faworytem. Kto dobrze obstawił u bukmacherów mógł się nieźle wzbogacić. Np. na wygraną filmu Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć kurs  wynosił aż 1:25, sporo. Dlaczego ja tego nie zagrałem właśnie na to. Przyznam szczerze, żę moja inwestycja w oscary się nie zwróciła. Mówi się trudno. Inne zaskoczenia to wygrana filmu Nowy początek w kategorii montaż dźwięku czy  Legionu Samobójców w wyścigu na najlepszą charakteryzację.

Ogólnie jeśli przed galą mówiło się, że faworyt jest tylko jeden tak można powiedzieć że faworyt stał się wielkim przegranym. Można również dodać, że nie było jakiegoś wyraźnego zwycięzcy tegorocznej gali. Jeśli wziąć pod uwagę wszystkie kategorie, nawet te techniczne to liczba nagrodzonych filmów wynosi aż dziesięć. Dużo, jak na fakt, że przed wręczeniem Oscarów mówiło się, że ponad połowę kategorii może wygrać jedna produkcja.

I na koniec mimo przegapienia końcowego aktu Oscarów A.D. 2017 musze powiedzieć, że sama gala mi się podobała. Przede wszystkim właśnie z faktu, że wiele nagród było zaskoczeniem, i to sporym. Poza tym wiele jestem zadowolony z pewnych rozstrzygnięć. Najbardziej cieszy mnie nagroda za drugoplanową rolę żeńską dla Violi Davis. Filmu Fences jeszcze nie oglądałem. Po prosu bardzo lubię tą aktorkę,  a Oscara to ona powinna mieć już kilka lat temu za rolę w Służące. Wtedy przegrała, dziś triumfuje. Bardzo cieszy mnie także zwycięstwo filmu animowanego Zwierzogród. Dla mnie najlepszy film zeszłego roku.

Jakie miałem rozczarowania. Chociaż kibicowałem La La Land i po cichu liczyłem na ciut więcej to nie jestem zadowolony, że Oscara za reżyserię tego filmu dostał Damien Chazelle. Osobiście wolałem żeby wygrał Mel Gibson. Lubię gościa i tyle, a jego Przełęcz Ocalonych jest filmem świetnym.

Jeszcze chciałbym poruszyć dwie rzeczy. Pierwsza to duży wydźwięk polityczny tegorocznego rozdania. Wróg numer jeden? Prezydent USA Donald Trump. O ile jest dużo zarzutów, że trzeba oddzielić świat filmu od polityki tak w tym roku zabieg ten mi się podobał. Czemu? Ponieważ pan Trump tak chce Ameryki dla Amerykanów zapominając o jednej podstawowej rzeczy. Stany Zjednoczone to kraj zbudowany rękoma imigrantów. Zwyczajnie po prostu. Kolejną rzeczą jest Oscar so White vs Oscar so Black. Jak było w tym roku. Jeśli brać pod uwagę triumf Moonlight to można śmiało powiedzieć że w tym roku rządzi „Black Power”. I to mnie cieszy. Jeszcze raz pisze Viola Davis. Super aktorka.

Podsumowując to wszystko można powiedzieć działo się, i to dużo. Jednak końcowy akcent Walduś smacznie przespał. Kiedy zasypiał sądził, że obudzi się w świecie gdzie zwycięzcą będzie kto inny. Życie to jednak lubi płatać figla.

Chapter 344 – La La Land filmem wszechczasów

b85fd48e5624

Wiem, to dziwne, że poruszam temat filmowy na tym blogu. Dziś w Los Angeles odbędzie się uroczyste rozdanie Oscarów, najbardziej prestiżowej nagrody w świecie kina. Nagrody te zostaną przyznane już po raz osiemdziesiąty dziewiąty. W tym roku wielkim faworytem jest musical La La Land który zgarnął aż 14 nominacji. Moje blogowe pytanie na dziś. Czy te nominacje przełożą się na statuetki i film ten pobije rekord wszech czasów który do tej pory zatrzymał się na jedenastu Oscarach. Jak wiemy tylko trzem produkcjom udało się osiągnąć taki wynik. Były to Ben Hur, Titanic i Powrót Króla. Czy się uda przekonamy się mniej więcej za 12 godzin kiedy wczesnym rankiem naszego czasu trwająca w Hollywood ceremonia będzie dobiegała końca.

Trzeba powiedzieć, że 14 nominacji dla jednego filmu robi wrażenie. Czemu? Ponieważ przy ogromnej konkurencji jaka dziś panuje w branży kinowej dużym zaskoczeniem jest, La La Land tak wyraźnie odskoczył konkurencji. Dziś każdy fan kina nie zastanawia się czy zostanie on najlepszym filmem poprzedniego roku leczy czy zdobędzie rekordowe 12, lub więcej Oscarów i stanie się rekordzistą pod względem otrzymanych nagród. Przyznam szczerze, że oglądałem ten film dwa razy i zrobił na mnie duże wrażenie. Słodko gorzki musical o początkującej aktorce i niedocenianym muzyku zwyczajnie mi się podoba. Jednak ja lubię musicale.

Zamierzam, jak z resztą co roku oglądać na żywo oscarową galę. Czego możemy być pewni na tegorocznej uroczystości? Powiem tak. La La Land zgarnie Oscarów dużo, ale ile dokładnie? Tego judo końca nie wiadomo. Myślę, że 7-8 statuetek jest pewne. Czy będzie więcej? Trudno powiedzieć.

Z jednej strony film ten jest w tym roku tak promowany, a co za tym idzie zgarnia przeróżne nagrody, że nie zdziwię się jak rekord ten pobije. Jednak jeśli się tak nie stanie, nie będę specjalnie zaskoczony. Przyznam szczerze, ze będę z wypiekami na twarzy oglądał oscarową gale.

Pozostaje jeszcze jedna kwestia odnośnie La La Landu. Pytanie czy ten film zasłużył na bycie oscarowym rekordzistą wszech czasów? Jeśli zdobędzie 12 statuetek będzie się przecież tak o nim mówić. Np. mi film ten bardzo się podobał, jednak czy nazwałby go arcydziełem lepszym od innych filmów. Lepszym od takich filmów jak Ben Hur, Amadeusz, Titanic, West Side Story, Forrest Fump i wielu innych. Jak dla mnie sporną kwestią pozostaje porównywanie go do takiego Ben Hura, produkcji kręconej prawie 60 lat temu. Jednak zanim będziemy gdybać czy pobije ten rekord czy nie poczekajmy na wyniki tegorocznego wręczenia tych nagród. Początek mniej więcej o godzinie 2.30 w nocy, oczywiście czasu polskiego. W Hollywood będzie wtedy popołudnie Ja oglądam na żywo. A wy?

Chapter 343 – Sobotnie leniuchowanie

piatek_20141205015126

Najpierw dziwna historia. Powiem wam szczerze, że słyszałem nie dawno  śmieszną, ale jakże prawdziwą anegdotkę. Otóż moja kierowniczka bardzo trafnie porównała podejście do pracy osób młodych oraz takich którzy powoli zbliżają się do emerytury. Otóż zauważyła że jeśli ktoś starszy ma do pracy na drugą zmianę to i tak wstaje wcześnie żeby jeszcze wykonać jakieś obowiązki w domu. Natomiast młodzi ludzie którzy  idą do pracy na drugą zmianę śpią do południa żeby potem ledwo się wyrobić. Przyznam szczerze, że coś tym jest. Widzę to po sobie, bo nawet jeśli mam do pracy na 12.00 to i tak wstaje najwyżej 2 godziny wcześniej i z rana nie robię nic więcej poza szykowaniem się do wyjścia. Jestem śpiochem.

Po wczorajszej deszczowej przygodzie dziś postanowiłem po leniuchować. Myślę sobie, pośpię dłużej, może nawet do południa. Jednak myślał indyk o niedzieli. I tak przyzwyczajony do wczesnego wstawania na tygodniu mój organizm obudził mnie około 7.00 rano. Leże, leże i się meczę. Więc niestety nie pospałem. Na nogach byłem już o 8.00 rano. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Poza pobudką dziś miałem dzień udany. Udany bo nic właściwie nie robiłem.

A plany miałem wielkie. Zrobię pranie, posprzątam pokój. Ugotuje w końcu jakiś obiad a nie tylko jedzenie z mikrofali. Jednak tak mi się dobrze nic nie robiło. Można powiedzieć, że dawno nie miałem tak leniwego dnia. Po oglądałem serial, po buszowałem w Internecie, po grałem w  Fifę.  Lecz głownie to słuchałem sobie muzyki, leżąc w cieplutkim mieszkaniu i obserwując poranną śnieżycę. O jeszcze oglądałem skoki. Niestety Polscy medalu nie zdobyli. Jednak to nie koniec mistrzostw i mojego kibicowania.

Dziś zastanawiałem się również nad tym dlaczego tak cieszę się tym dniem. W końcu nie zrobiłem dziś nic pożytecznego. Odpowiedź wydaje się oczywista. Kiedy nie miałem pracy stałej, bo dorywcze się nie liczą, po prostu nie doceniałem czasu wolnego. Dni wtedy zlewały mi się w jedną całość. Czasem nie wiedziałem czy to już piątek czy dopiero poniedziałek. A teraz kiedy mam prace na tzw. etat, już koło środy wypatruje tego weekendu i dnia kiedy sobie po leniuchuje. I dziś jest do tego okazja. A raczej była bo jest już po 21.00. Jeszcze jakiś film i do łózka.

Ktoś powiem leń ze mnie, że zamiast wyjść na dwór wolałem przeleżeć cały dzień. Powiem tak. Jutrzejszą niedzielę zamierzam spędzić dokładnie tak samo. Nic nie robiąc. A jeśli jeszcze byłaby możliwość poleniuchować tak we dwójkę… Tylko z kim… Chodzi o kobietę oczywiście. Dobra nie pisałem tego…:)

A Wy lubicie tak czasem poleniuchować? Zapraszam do komentowania.

Chapter 342 – Z deszczu pod rynnę…

rynna_1

Piątek 24 lutego. Godzina 10.00 rano. Naszego bohatera obudził budzik w jego super ekstra wypasionym zwyczajnym telefonie który leżał na podłodze obok łóżka. Jedna drzemka, potem druga, jednak kiedy zbliżało się wpół do jedenastej stwierdził, że trzeba wstawać bo jeszcze się do pracy spóźni. Jest już piętek, a potem są dwa dni wolnego. Wreszcie odpocznę, pomyślał. Można powiedzieć, że tak zaczął mi się dzisiejszy dzień.

Wierzcie, że chociaż mogłem sobie poleżeć do 10.00 rano to jednak ten dzień wcale nie był taki wspaniały. Musiałem iść do pracy na drugą zmianę a to już takie fajne nie jest.  Kiedy wracasz późnym wieczorem do domu. A najgorsze jest to, że człowiek myśli o weekendzie to czas jakoś tak niesamowicie się dłuży. Dopiero 15.00 pomyślałem, 17.00 jakiś sukces. A sama praca, no cóż, pierwszy raz nie chciało mi się nic robić. Trzeba tylko mieć nadzieję, że kierownictwo za bardzo nie widziało, że się migam od swoich obowiązków.

Jest 19.00, jem pączka i popijam zimną herbatę żurawinową bodajże. Patrzę na ekran komputera i sobie myślę, kurcze Waldek nic dziś praktycznie nie zrobiłeś, szefowa Cię zabije jak to zauważy. Dobra trzeba jeszcze popracować. Za godzinę będę miał wolne. Przyznam szczerze, że dzisiejszy dzień był jednym z najtrudniejszych w mojej pracy. Niby taki luźny, niby się nie przepracowałem, a jednak nie pamiętam kiedy czas mijał mi tak wolno.

Jednak „najlepsze” zostawiłem na koniec. Pewnie ktoś się zastanawia dlaczego taki tytuł. Wiemy przecież, że powiedzenie „z deszczu pod rynnę” oznacza, że człowiek jedne problemy zamienia  na inne, najczęściej jeszcze większe problemy. Czy było tak w moim przypadku? Ta nerwowa chwila oczekiwania…. Otóż nie było. Przyznam szczerze, że w moim przypadku to oznacza dosłownie z deszczu pod rynnę. Kto wieczorem dziś poruszał się po Lublinie ten wie, że padał śnieg z deszczem i to dość porządnie. I tak wychodząc z pracy i idąc na przystanek MPK pomyślałem, kurcze pada, trzeba gdzieś się schować, stanąłem pod ścianą jednej z lubelskich kamienic i czekam. A tu niespodzianka, wiatr oberwał rynnę kilka metrów wyżej i prosto na mnie spadło kilka litrów wody. Moja reakcja? Coś w stylu „no kurwa, ja pierdole, że też przydarza się to właśnie mi”. Stałem zażenowany przez kilka sekund a ludzie patrzą się na mnie jak na debila. Co robić? Jechać do domu…

Muszę przyznać, że minęły dwie godziny i stwierdzam, że spotkała mnie chyba jakaś kara boska, że zamiast skupić się tego dnia w pracy, myślami byłem przy weekendzie i niedzielnym rozdaniu Oscarów na które czekam 2 miesiące. Kiedy wsiadałem cały mokry do autobusu nie było mi do śmiechu. Teraz jest prawie 22.00 a ja siedzę szczęśliwy, suchy i popijam gorącą herbatę. Grzeje się. A  jakie plany na weekend. Niestety zostały trochę pokrzyżowane. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Jutro w końcu się wyśpię. Chyba że znowu coś spadnie mi na głowę.

Chapter 341 – Legia, kochany klubie nasz

herblegii2

Tak wiem, ostatnie dwa dni na sportowo. Wczoraj było o sportach zimowych, dziś więc napiszemy o piłce nożnej. Każdy polski kibic tego sportu wie, że dziś swój mecz w 1/16 finału Ligi Europy rozegra Legia Warszawa, aktualny mistrz polski. Rywal Ajax Amsterdam. Mecz ten właśnie trwa. Dziś więc będzie garść informacji piłkarskich oraz moje poglądy na temat naszego stołecznego klubu. Misje Legia Warszawa czas zacząć.

Można spytać czym się tak ekscytować, skoro dzisiejszy mecz to dopiero 1/16 finału tych rozgrywek. Gdyby to był finał, półfinał albo mecze 1/4 Ligi Europy można było się tym spotkaniem ex cytować. Skąd wiec to podniesione ciśnienie fanów piłki nożnej w Polsce? Może stąd, że nawet do obecnego stanu rozgrywek Legii Warszawa było się ciężko dostać. I trzeba jasno powiedzieć, że awans z 3 miejsca Ligi Mistrzów w grupie z Realem Madryt i Borussią Dortmund jest sukcesem mistrza Polski.

Z drugiej jednak strony czy bycie w gronie najlepszych 32 ekip zaplecza LM czyli Ligi Europy można nazwać sukcesem? Mówimy w końcu o mistrzu Polski w piłce nożnej. Przecież krajowi mistrzowie regularnie walczą o najwyższe cele w tych bardziej prestiżowych rozgrywkach. Jednak kluby z naszego kraju ewidentnie mają pod górkę w europejskich pucharach, więc jeśli tak na to popatrzymy to jest to nie wątpliwie sukces,

Przyznam szczerze, że nie jestem fanem Legii. Od lat sympatyzuje z innym polskim klubem, który swoją siedzibę ma pod Wawelem. Jednak w rozgrywkach czy to Ligi Mistrzów, czy dzisiejszym spotkaniu z Ajaxem Amsterdam trzymam kciuki za Legię? Czemu? Bo to w końcu polska drużyna. Poza tym to obecnie najbardziej poukładany zespół w naszym kraju, i obiektywnie rzec biorąc, jedyny który może cokolwiek osiągnąć na arenie międzynarodowej. Zatem Legia, kochany klubie nasz, do boju. I nie pisze tego z nutką sarkazmu. Ja naprawdę życzę im dziś awansu do kolejnej fazy rozgrywek.

To może teraz kilka słów o mojej przygodzie z Legią Warszawa. Zaczęło się a jakże, od pamiętnych meczy z Panatinaikosem Ateny w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Było to dawno, bo 21 lat temu. Mimo to jakoś od tamtej pory zostałem kibicem piłkarskim. Wspominam również czasy szkolne kiedy pod koniec lat 90-tych moi koledzy przeżywali kto zostanie w danym sezonie mistrzem, Legia czy Widzew.  Potem zostałem kiedy na progu XXI wieku w pucharze UEFA zachwyciła Wisła Kraków, zacząłem sympatyzować z tym klubem, w pewnym stopniu stające się więc wrogiem stołecznego klubu.

Mimo to szanuje Legię Warszawa choćby za to, że jest to jeden z najbardziej utytułowanych klubów piłkarskich w Polsce. Życzę im obronienia mistrzostwa kraju i ponownego awansu do rozgrywek Ligi Mistrzów. A dziś? Też niech awansują.